Dzień Dziadka, Dzień Babci… Inspiracje.

W dzisiejszym odcinku improwizacji wizualnych polecamy ilustracje idealne na sesje z okazji Dnia Dziadka i Dnia Babci 🙂

10409707_10152967998530934_8447147966470193864_n„Dziadek długo nie mógł pogodzić się ze stratą brata. W zasadzie nigdy się nie pogodził. Pracowali razem w fabryce. Tamtego dnia, kiedy zdarzył się ten wypadek przy piecu ceramicznym, ten w którym zginął wujek Zygmunt… Dziadek twierdzi, że to ręka boska uchroniła go wtedy przed śmiercią. To podobno było niemożliwe, żeby cegły spadły na Zygmunta, a nie na niego… Oszukał przeznaczenie? To możliwe? Wszyscy bagatelizują, że to bzdury, ale mówię Wam, Dziadek codziennie powtarza, że czuje czyjąś obecność obok siebie… Jakby śmierć czekała i obserwowała każdy jego ruch….”. Takimi słowami Mistrz Gry może przywitać Bohaterów Graczy na inicjacyjnym obiedzie rodzinnym, wprowadzającym do całej przygody.

10463940_1431417337122817_1655094439692024342_n

– Dlaczego Ciocia Mania śpi na podłodze ? – zapytał chłopiec z blond czupryną.

– Nie śpi. Ona nie żyje. To zdjęcie z jej pogrzebu. – odparła kobieta, wyglądająca na jego matkę.

– …. A ten, ten miś obok? Zupełnie taki jak mój Rupert… – ciągnął chłopiec, otrzepując kurz ze spodni.

– Bo to Rupert. Babcia powiadała, że w zabawkach zaklęte są dobre duchy. Więc dała Ci go, zaraz po tym jak się urodziłeś. Taki talizman. Po Cioci.

Malec głośno przełknął ślinę, wpatrując się w zdjęcie znalezione przed chwilą w piwnicy.

Scena otwarcia do sesji o upiornych zabawkach i duchach?

10473172_10152946252020934_3159106850003081606_nChyba każdy słyszał o Domku Na Kurzej Łapce… Ale, żeby nie było tak prosto – Mistrz Gry może pograć krótkim jednstrzałem na dwóch płaszczyznach. Przygoda rozgrywa się zarówno w świecie realnym, jak i w baśniowej krainie, do której BG trafili jako postacie z baśni, podejmując zadanie od małej Małgosi, która chce uwolnić brata. Za pomocą rodzącego się talentu magicznego, Małgosia zaklęła BG w księdze z baśniami, tak jak uprzednio zrobiła to wiedźma z Jasiem. Małgosi przed zaklęciem uwięzienia uciec się udało, Jasiowi  już nie. Czy Bohaterowie pokonają wiedźmę i zdołają wyciągnąć Jasia na drugą stronę księgi? I jak bardzo niesforny magiczny talent Małgosi przysporzy im kłopotu?

cool-post-mortem-photographs-brothersPięcioro wnucząt Babcia miała. Najstarsze za pieniądzem gania. Młodsze własnej rodziny szuka, bliźniaków aktorska porwała sztuka , a najmłodszej… coż, najmłodszej już tylko wieko od trumny stuka…

Zdjęcie i wierszyk mogą służyć jako przedmiot znaleziony głęboko gdzieś na strychu w pełnej tajemnic i intryg przygodzie do Zewu Cthulhu.

cool-post-mortem-photographs-tricksOpowieść o dwóch siostrach. Jedna z nich nazywała siebie Nocą, druga Dniem. Ta druga może być Babcią jednego z BG (lub całej drużyny). Co stało się z tą pierwszą? I dlaczego kazała mówić na siebie „Noc”? Babcia mówiła, że to ich ostatnie wspólne zdjęcie… To pierwsze, które trzyma na kolanach zwyczajnie nie wyszło i trzeba było powtórzyć. Podobno twarz siostry była zbyt zamazana…

smutny-cmentarzSmutna opowieść o wnuczce, która do końca czekała aż Babcia się obudzi. Do końca, to znaczy do momentu, gdy na horyzoncie pojawił się Dziadek i młodszy brat. Przyszli ją zwyczajnie zabrać. Do innej krainy. Czekała przecież tak długo, aż całe życie przeleciało jej przez palce…

Obrazek może służyć za ulubioną rycinę/obraz wiszący w głównej sieni rodziny, do któej domu trafili nasi bohaterowie. Historię o wnuczce lubi opowiadać przede wszystkim guwernantka, która pracuje w tej posiadłości od niepamiętnych czasów. A może pamięta samo to przykre zdarzenie?

World of Darkness Song Challenge – Day 17.

Day 17. Werewolf’s first change scene song

Ten przełomowy moment Wilkołaka powinien mieć kopa. Enslaved nie słuchałem tyle, ale mają kilka dobrych kawałków, które dobrze zabrzmią na sesji o szamaniźmie, duchach i walce z upiorami oraz Beshilu. Polecam jeszcze Sigmundskvadet oraz The Sleeping Gods w ich wykonaniu, bardziej melodyczne, podobnie jak Frost. W połączeniu tych dwóch utworów można szczególnie nakreślić 2 stadia przemiany – to w którym bariera między światem materialnym i cieni załamuje się dla naszej postaci i dostrzegamy animistyczną stronę rzeczywistości oraz, wraz z wyciszeniem i ‘Loke’ gdy postać przybiera formę zwierzęcia i zaczna poddawać się szałowi. Wszystko dzieje się gwałtownie szybko, postać nie zdaje sobie sprawy ze skali zniszczeń do czasu aż się nie obudzi.

Frost, Enslaved, „03. Frost / 04. Loke”

Innym metalowym kawałkiem, który powinein znaleźć swoje miejsce ze względu na tekst i melodię jest utwór Type o Negative:

October Rust, Type O Negative, “13. Wolf Moon”

Wiadomo – przemiana jest różna od Patronatu. Zależnie od tego melodia możę być bardziej skierowana do duchów obserwujących przemianę, albo krwawej rozprawy z istotami wokoło.

World of Darkness Song Challenge – Day 16

Spellcasting scene song

Na moment powracamy tutaj do „The Fountain” i Mansella, soundtracku, który ma moim zdaniem bardzo dobry utwór do starć z użyciem czarów.

„The Fountain Original Motion Picture Soundtrack”, Clint Mansell, The Tree of Life

The Fountain Original Motion Picture Soundtrack

Cynthia krzyknęła I wyciągnęła dłoń przed siebie. Lecący między filarami śrut zmienił się w chmurę kropel, a te po chwili w parę, dając chwilę by rzuciła się w bok. Kolejny strzał sprawił, że szkło okna przy którym stała zmieniło się w matową siatkę pęknięć. Następne  zaczęły obłupywać czarną, marmurową kolumnę o którą się opierała. Kiedy stwierdziła, że czas jest odpowiedni, wymówiła słowa inkantacji. Wpierw niesłyszalnym szeptem, które narastały z każdą sylabą w miarę jak wokół sypało się więcej odłamków kamienia z kolumny. Wyszła, stąpając boso po chropowatej, chłodnej podłodze, kule zatrzymujące się krok przed nią. Mężczyzna zaklął i rzucił bezużyteczną strzelbę. Stał teraz naprzeciwko niej, jego nagie ramiona i tors wytatuowane w geometryczne, bladoniebieskie linie, labirynt oplatający wszystko prócz głowy. Z niej wychodził wbite żyletki i gwoździe, w miejscu wbicia otoczone gnijącą skórą, z której powoli ciekła ropa. Zaczął wypowiadać głośno słowa inkantancji. Betonowa podłoga zaczęła drżeć i lampy zaczęły tryskać żólto-pomarańczowymi iskrami, kiedy jarzeniówki wybuchały szklanymi odłamkami. Kolejny szelest dłoni przecinającej powietrze. Cynthia, nie czekając na efekt tego zaklęcia zatrzymała się za kolejną kolumną ciężko oddychając. Po dłuższej chwili ciszy nabrała powietrza w zbolałe płuca i wyjrzała. Zobaczyła jak całe pomieszczenie oświetlają jedynie iskry. Zatrzymane w powietrzu, jak ogniki w ciemności.  Część tego światła odbija się od leżących na ziemi i zawieszonych w powietrzu odłamków szkła. Czas stanął dla całego holu – tylko magowie patrzyli na siebie, wiedząc o wzjamnych, bijących sercach. Kobieta wyszła i wyciągnęła kamień z wypisanym na nim greckim słowem. Oznaczało Prawdziwą Śmierć.
Soundtrack też  z zupełnie innego dzieła, może bardziej skierowanego do Mrocznych Wieków. Jednak gdy Gracze należą do tajemnych bractw, walczących o panowanie nad światem to w gruncie rzeczy wieżowce są ich zamkami, akolici – marionetkami, a rytuały i eksperymenty jakie odprawiają naruszają materię rzeczywistości.

Amnesia: The Dark Descent Game Soundtrack, Mikko Tarmia, Brennenburg Theme

Amnesia: The Dark Descent Game Soundtrack

Słuchowisko Gorektyw

W ramach aktywności świątecznej, grupa Gorektyw nagrała słuchowisko krótkiego opowiadania Merry, pt. „Droga Panno Johnson”.

Tekst poniżej, a słuchowisko w linku.

Gorektyw – Droga Panno Johnson

Dobrego odbioru!

 

New Hampshire, 1869.

„Droga Panno Johnson!
Po przeczytaniu pozostawionego przez Panią listu, niezwłocznie nadałem telegram do porucznika Briggsa (będącego moim serdecznym przyjacielem), wyjaśniając sytuację oraz wnosząc prośbę o pilne wycofanie pozwu i rychłe zwolnienie Pani do domu. Obiecał natychmiast poczynić kroki, przez co mam szczerą nadzieję, że czyta Pani mój list, zajmując wygodne miejsce w powozie bezpiecznie zmierzającym w Pani rodzinne strony, do Stratford. Tak długa podróż z pewnością może być męcząca, więc wyposażyłem posłańca w nieznaczny podarunek: jedwabny koc oraz butelkę najlepszej brandy, co by umilić Pani ten czas – niechże mi Pani pozwoli zrekompensować poczynioną zniewagę chociaż w ten drobny sposób. Nie dość, że nasłuchała się Pani przykrości, naraziła na mój gniew (którego – bądźmy szczerzy – żadna kobieta znosić nie chciała!) i wylała morze tak bardzo niepotrzebnych łez, to jeszcze musiała Pani wykazać się nie lada odwagą, decydując na prędką podróż do domu przez te gęste śniegi. Oh, jakże porywczy i bezlitośni w swych pochopnych osądach pozostajemy my mężczyźni! Gdybym tylko mógł cofnąć czas…

Oczywiście proszę mi wierzyć – w pełni rozumiem podjęte przez Panią kroki oraz bezwzględną niechęć do mnie i mojego domu! Pani decyzja o odejściu z pracy nie może dziwić nikogo – niech mnie diabli żywcem wezmą! – i tak jak mój syn Roderick (jak znajdę tego łapserdaka, to skórę przetrzepię na wiór!) pozostaję całkowicie uniżony i pełen nieskrywanej sympatii pielęgnuję tlący się w sercu promyk nadziei na Pani powrót.

Roderick nie jest łatwym dzieckiem – ha!- skaranie boskie z nim Pani miała! Gdybym tylko zapracowany tak nie był, gdybym zawczasu połączył fakty, z pewnością sam doszedłbym do wniosku, który przedstawiła Pani w ostatnim akapicie listu: „[…] Pański syn, Panie Algren, po prostu uwielbia szarady i zwyczajnie znowu się schował…”. Osobiście wyciągałem ancymona z najciemniejszych zakamarków naszej posiadłości, kiedy w dzieciństwie dla zabawy uciekał przed grabarzem. Ach, stary Otto, Panie świeć nad jego duszą! Kiedyś nawet byłem świadkiem szczerego uśmiechu, jaki wykrzywił jego zawsze posępną facjatę! Uwierzy Pani? Roderick znikał niekiedy i na całą noc, żeby rano triumfalnie wkroczyć do salonu i prężąc się z dumy szczycić zwycięstwem – nikt przecież nie znalazł jego genialnej kryjówki.  Niemniej, wydawało mi się, iż Roderick ostatnim czasem nieco zmądrzał, a na pewno wydoroślał i nie w głowie mu są tego rodzaju psoty… Czyżbym się mylił i jego działania wciąż tak chłopięce i bezmyślne pozostawały? Anielską cierpliwość miała Pani do mojego syna, Panno Johnson. I za to wdzięczny będę Pani do końca życia.

Pragnąłbym również, aby wiedziała Pani, iż także do końca życia będzie mi wstyd za to co zdarzyło się wczoraj wieczorem. I nawet tak popularna i prawdziwa maksyma, że przecież „człowiek uczy się całe życie” nie zmyje ze mnie hańby oraz ambarasu, jakimi okryłem się wybuchając wówczas niepohamowanym gniewem i oskarżając Panią o niedopilnowanie obowiązków i pozwolenie na kolejne sekretne eskapady mojego syna. Na swoje usprawiedliwienie mogę jeno dodać, iż naprawdę ufałem, że Pani jako jedynej uda się wpłynąć na Rodericka i wybić mu z tej ślicznej główki nocne wycieczki i penetrowanie najróżniejszych kryjówek na terenie posiadłości.

Pozostaje mi więc liczyć, że kiedyś mi Pani wybaczy – w sercu i duszy. Może wtedy będę mógł spać spokojnie.

Tymczasem życzę Pani przyjemnej podróży, proszę delektować się każdym łykiem brandy – jest tego warta!

Rzecz jasna nie mogę również pominąć podziwu oraz nieskrywanego wzruszenia względem Pani wielkiego serca! Pomimo tylu krzywd i przykrych słów, pozostawiła Pani spiżarnię pełną smakołyków i świeżo przyrządzonych potraw, a przecież dostrzegłem jak bardzo przejęta była Pani sprawą – ten podarty skrawek listu świadczy o drżących z przerażenia i smutku rękach (och, kajać się będę do końca mych dni za to co Pani wyrządziłem!).

Wątróbka – przepyszna. Małmazja, rzekłbym nawet z ręką na mym skalanym poczuciem winy sercu. Winszuję kulinarnego talentu.

Z wyrazami szacunku,

Sir Collin Algren.

Ps. Dam głowę, iż ten mały ancymon schował się w piwnicy w warsztacie dziadka. To stare skrzydło domu nie było odwiedzane od lat, a Roderick często zwykł pytać o to miejsce i stojący tam zabytkowy piec. Ciekawym, czy Panią również o to męczył? A może weszła Pani z nim tam kiedyś?”

Panna Alice Johnson siedziała w ciszy, podnosząc wzrok znad zapisanej maczkiem kartki i wpatrując się przez krótką chwilę w mijany śnieżny krajobraz. Napoczęta butelka brandy podskakiwała na wybojach, stukając masywnym dnem o drewnianą małą półkę. Słońce już dawno schowało się za chmurami, ustępując miejsca jasno świecącym gwiazdom, rozlanym po granatowym nieboskłonie. Kobieta ściągnęła wąskie usta i w zamyśleniu wyjęła z kieszeni płaszcza ściśniętą pięść, z której wystawał zwitek pożółkłego papieru. Rozprostowała kartkę, wbijając w nią nieobecny, trochę spłoszony wzrok. Po chwili ponownie sięgnęła do kieszeni, a w jej zgrabnych palcach pojawiło się pióro wieczne. Wdzięcznym ruchem przyłożyła dłoń do kartki i zaczęła pisać, po cichu wypowiadając słowa na głos:

„Drogi Panie Algren,

W pierwszych słowach mego listu, pragnę poinformować Pana o szczerych intencjach oszczędzenia Panu nerwów i zaoszczędzenia czasu, którego Pan tak rozpaczliwie ciągle potrzebuje…

Mimo usilnych mych prób, Roderick po prostu wpełzł do środka, wołając do mnie słodkim – och jakże znienawidzonym przeze mnie – głosikiem: „Nie znajdzie mnie Pani!”. Ileż razy jeszcze miałam biegać za nim po całym domu, wyciągając go za kołnierz z najciemniejszych zakamarków?! Pański syn to najgorsze dziecko, jakim przyszło mi się opiekować! To wcielenie zła! To symfonia patologicznego rozpieszczenia i haniebnego braku kindersztuby! Jak Pan mógł tak zaniedbać własne dziecko?! Te czerwone pulchne poliki, z których wydobywał się ten drażniący, piskliwy śmiech, niczym z najokropniejszych sennych koszmarów! Panie Algren, zastanawiał się Pan kiedyś skąd u Rodericka te sine ślady na plecach? Skąd okazyjne kulenie, spuchnięte nadgarstki i problemy z oddychaniem?! Na jego czarcie psoty nie pomagało nic innego jak tylko szpicruta! Właśnie tak! Ona stanowiła jedyne ukojenie moich zszarganych przez Pańskiego bachora nerwów. Ale, wnioskuję, że Pan nic nigdy nie zauważył. Skoro nie potrafił Pan go wychować, to dlaczego miałby Pan zwracać na niego uwagę? Przecież Pan jest zawsze taki zapracowany…. Więc, tego felernego dnia, Panie Algren, Pański syn zwyczajnie się schował – jak to miał w zwyczaju czynić, zwłaszcza widząc zbliżającą się ze świstem szpicrutę! Schował się… w piecu dziadka, w piwnicy. Uwierzy Pan? Ha, ja też nie! Malec wymyślił sobie tak idealną kryjówkę. Nic tylko skorzystać. Zdziwienia w Panu nie wzbudziły nawet resztki diabelskiego zapachu zmieszanego z gęstym czarnym dymem unoszącym się nad domem. Musze przyznać, Panie Algren, że nigdy nie czułam się tak dobrze zatrzaskując żelazne drzwiczki pieca i dosypując węgla na podpałkę. Choć muszę przyznać, że niebywałej przyjemności dodawał ten, najpierw głośny, lecz z czasem niknący w zimnych ścianach, krzyk, który niósł się echem jeszcze długo po egzekucji…. Ale niech się Pan nie martwi! Jako prawdziwa kulinarna mistrzyni umiem dopilnować pieczeni, aby nie zeschła się na wiór. Mam więc nadzieję, że wątróbka Panu smakowała. Starałam się zadbać o każdy, nawet najmniejszy walor smakowy…

Z poważaniem,

Pańska na zawsze,

Alice Johnson.

Ps. Cieszę się, że te kilka przygotowanych przeze mnie specjałów Panu smakowało. Musiałam zostawić spiżarnię pełną. Inaczej – jaka by ze mnie była kucharka? Smacznego.”

Stawiając ostatnią kropkę, kobieta nerwowo odrzuciła pióro na bok. Milcząc przez dłuższą chwilę wpatrywała się w falujący w butelce ciemny płyn. Blada dłoń powędrowała w stronę zielonej szyjki i korka. Kilka łyków później w jej oczach pojawił się widoczny blask, a na ustach zagościł spokojny uśmiech. Wdzięcznym, prawie teatralnym ruchem podarła kartkę na maleńkie kawałeczki i wzdychając głęboko wystawiła rękę za okno. Pożółkłe skrawki papieru gwałtownie porwał lodowaty wiatr. Tańcząc jeszcze przez krótki moment w powietrzu, drobinki poczęły opadać na świeży śnieg, błyskawicznie się w nim zatapiając. Po chwili rozmazany atrament stał się już tylko ciemną mokrą plamą.

 

merry_illustracje-2

 

Niedzielni NPCe – czyli Kuźnia Bohaterów Niezależnych #09

Triste Flores –  Melancholijny właściciel kawiarni w czyśćcu. 


Flores był kiedyś prywatnym detektywem związanymi z istotami nad-naturalnymi, wiecie, wampiry, anioły, duchy, mumie i cała reszta tej magicznej hałastry. Od dziecka miał dar rozmawiania z umarłymi, widzenia drugiego świata i możliwość przechodzenia do niego, no i szósty zmysł, który niejednokrotnie uratował go z kłopotów, bo jak się domyślacie na detektywa podróżujące do piekła czeka wiele groźnych niebezpieczeństw. Uwielbiał te robotę i był w niej cholernie dobry, oh!, nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo. Odbijał osoby porwane do piekieł, śledził nielegalny przemyt dusz do nieba, raz nawet rozbił siatkę słowiańskich demonów, które były winne plagi bezsenności wśród dzieci, a przy okazji zupełnie przypadkiem miały firmę produkującą środki nasenne dla nieletnich. Duże sprawy, o których swojego czasu mówił cały nadnaturalny świat; mieć zdjęcie z Floresem to był dopiero szpan!

 

Utwór postaci – Devendra Banhart – Mi Negrita
Z czasem postanowił się ustatkować, jego zawód był ryzykowny, a po wpadce z inkwizytorem udającym anioła, udającego człowieka stracił też kilku ważnych klientów, no i pojawiły się plotki o jego niekompetencji. Pieprzony inkwizytor Mendoza de las Fuertes, ten łysol jest teraz jakąś ważną osobistością wśród prostaczków, którzy nie odróżniają dobrych nad-naturali od złych! No ale wracając do historii o ustatkowaniu, Flores poznał Marie Aleksandre twardą eks-najemniczke, która pracowała przez większość swojej kariery dla Widma Komunizmu, łapiąc dla niego różnych dłużników, zapałali do siebie nawzajem dużym uczuciem, wzięli ślub i zamieszkali na zboczu Olimpu. Spokojna okolica, wiecie, Greccy bogowie w większości są już na emeryturze, tytani powyrzynali się nawzajem w bratobójczych walkach, to sporo miejsca tam wolnego, a i drogo nie jest . Zbudowali sobie uroczy dom z czerwonej cegły, porośnięty winoroślą, za nim ogród pełen cyprysów, do tego dwa psy, zielony tandem i wygodne leżaki. Brzmi jak raj dla osób, które chcą odpocząć od strzelanin w światach eterycznych i życia w biegu… ale nie do końca tak było. Flores naprawdę miał dosyć swojego poprzedniego życia, chciał z tym skończyć, hodować drzewka i jeździć na tandemie, ale Maria Aleksandra… no cóż, ona potrzebowała tylko chwilowego odpoczynku i po kilku miesiącach zaczęło się powoli psuć. Jako, że nie miała serca do oglądania coraz bardziej zasmuconego sytuacją męża postanowiła uciąć to za jednym zamachem i pewnej nocy po prostu wyjechała żeby znów zostać najemniczką. Zostawiła po sobie malutki cyprysik w żółtej doniczce oraz na zawsze smutnego Floresa.

 

 

Po tamtym wydarzeniu sprzedał dom i rozważał próbę samobójczą, ale podczas liczenia dobrych i złych uczynków wyszło mu, że trafi za to do czyśćca na circa sto lat, postanowił więc darować sobie niezręcznej rozmowy ze Świętym Piotrem (któremu notabene kiedyś uratował życie, ale to zupełnie inna historia) i samemu skazać się na to miejsce. Otworzył więc kawiarnię dla zagubionych dusz „Amarillo Cipres”, która no cóż, wygląda jak on. Bo wiecie, po tym jak opuściła go Maria Aleksandra stracił zapał do wszystkiego, stał się czarno-biały z wyglądu, opadły mu ramiona, na twarzy zawsze gości melancholia, a jego ruchy są bardzo ociężałe, i no cóż, wszystko to odbija się w wyglądzie kawiarni: zwietrzała letnia kawa, ciemnoniebieskie ściany, leniwy wentylator, który wygląda jakby miał się rozpaść, tylko stojący na chabrowej ladzie cyprysik w żółtej doniczce ma jakiekolwiek życie w sobie, jednak wzbudza on we Floresie tylko coraz większy smutek, a lokal podąża za jego uczuciami i zmienia lekko swój wygląd, na ścianie pojawi się pęknięcie albo odpadnie duży płat zaschniętej farby. Cholernie smutne miejsce do którego przychodzą czyśćcowe duszyczki, ale często zaglądają tu też podróżnicy międzyświatowi: nowe pokolenie prywatnych detektywów, najemnicy, ci których rozum śpi i wieszcze narodowi pogrążeni w martyrologicznych transach. Flores ma sporo znajomości i cały czas wie co w trawie piszczy, gdzie są najlepsze kasztany, albo kto wrobił królika Rogera. Jednakże nie jest zbyt skory do współpracy i dzielenia się informacjami, nie żeby chciał za to jakichś pieniędzy, czy innych benefitów, po prostu jest cholernie ospały ze smutku. Może ktoś z was spotka kiedyś Marie Aleksandrę? A może chcecie się podjąć misji jej odnalezienia? Kilku mieszkańców czyśćca ma już dosyć oglądania smutnego Floresa i podobno zrobili zrzutkę na odnalezienie jego miłości. Zapytajcie faceta w zielonym garniaku, on wam powie więcej.

Cytaty – Nie ma; nie; Widzieliście może gdzieś wysoką kobietę w zielonych włosach…?; nie trzeba; tak znałem kogoś takiego… znacie się może na cyprysach?;

 

 

Cechy charakterystyczne –   Ospały i powolny; duża wiedza na temat półświatka; dawniej świetny detektyw; cały szary; lubi cyprysy; wiecznie zamyślony; tęskni do Marii Aleksandry

Niedzielni NPCe – czyli Kuźnia Bohaterów Niezależnych #08

Jan WIktor Krzyżalski-Pyziak – Demonolog, szpieg, kasiarz oraz poeta amator


Utwór postaci – Crazy Polish-Jewish-Arabic Foxtrot 
Pan Jan, jak nasz omawiany dzisiaj NPC każe do siebie mówić, jest mężczyzną w sile wieku, staruszkiem jak powiedzieliby niektórzy, 56 lat na karku to nie w kaszę dmuchał, ale srebro juniorów na międzynarodowych mistrzostwach w waterpolo i brąz w łucznictwie nie wzięły się znikąd, od zawsze ćwiczyć lubił i robi to dziś, a efektem jest wciąż duża sprawność fizyczna. Sznytów charakteru nabierał na najlepszej uczelni Królestwa, niektórzy kwestionują wartość jego dyplomu, jakoby przyznany mu on został na potrzeby kariery dyplomatycznej, ale lordowskich manier mu odmówić nie można. Każdy po spotkaniu długo wspomina jego obycie, umiejętność ciekawego opowiadania oraz… otwierania sejfów o czym przekonał się niejeden baron czy hrabina.

Z tymi sejfami to sprawa jest śliska. Przez pierwsze lata po studiach Pan Jan był komiwojażerem, jeździł po wszystkich cywilizowanych krajach i sprzedawał modne w tamtym czasie gadżety dla pań, filuterne kapelusiki, delikatne woalki i rękawiczki z cieniutkiej skóry. Przy okazji też dobierał się do zawartości gorsetów i sejfów pań domów, które odwiedzał podczas podróży.  Jednego razu wpakował się jednak w większą kabałę i to dosłownie. Kiedy otwierał sejf baronowej Von Rottenkrieg, w jej piwnicy odbywało się spotkanie towarzystwa spirytystycznego „Kanarienvogel Teufel”, celem przywołania mrocznych istot z innych wymiarów. Coś poszło jednak nie tak podczas inkantacji i cała rezydencja stanęła w płomieniach, a potwory z piekła rodem, dosłownie!, rozbiegły się po całej okolicy. Panu Janowi wpadła wtedy w ręce pewna książka i tak się zaczęło….

Kiedy w ręce nieodpowiedniej osoby wpadają przedmioty magiczne o potężnej sile szybko, to szybko interesują się nimi wywiady państw. Pan Jan był nieodpowiednią osobą o tyle, że nie umiał czarować za grosz, jednakże grać ze szpiegami już umiał. Wykorzystał wywiad Rumuński do nauki magii; z Bolszewikami pogrywał próbując zdobyć pamiętniki Rasputina; pracując u Anglików udało mu się nawiązać owocną współpracę z profesorem Henrym Jonesem seniorem, specjalistą od artefaktów. Do dziś współpracuje z każdym z tych wywiadów, oszukując i grając na trzy, a właściwie cztery fronty, nie wspomniałem, że podpisał cyrograf z Niemieckim diabłem? W sprawie renegocjacji warunków umowy, trzy życzenia za duszę – pozostało jedno -,  od dłuższego czasu próbuje dotrzeć do człowieka, który poradził sobie z podobnym kontraktem, ale jedyny jego trop to gospoda Lune, której ciągle nie jest w stanie znaleźć. Możecie mu pomóc?

Cytaty – Z tych Pyziaków!; Całuje rączki pięknej pani…; I rozumie pan, ja wtedy z hrabią Worchester byliśmy na Polo, no tak oczywiście, że znam hrabiego’; Ależ moja droga, może przejdziemy na francuski; Oczywiście, że dla Królewskiej Mości/Partii/Cesarza/Mrocznego Pana zrobię wszystko co w mojej mocy!

Cechy charakterystyczne –  Nienaganne maniery, zawsze w kraciastym garniturze, niepewnie się czuje podczas pełni, obyty, poliglota, wysportowany, poszukuje gospody Lune i jej sławnego gościa, as wywiadu, kochaś,

 

Granie kotem nekromantą, czyli The Cat Hack!

Cześć!

Od jakiegoś czasu przegrzebuje internet w poszukiwaniu interesujących pozycji RPGowych, takich, które pobudzą nowe rejony mojego RPGowego mózgu, który przez kilkanaście lat grania przywykł do pewnych schematów. Teoretycznie ogranicza nas jedynie nasza wyobraźnia, ale system w który gramy jest na tyle mocną ramą, że po pewnym czasie mimowolnie spektrum możliwości się zawęża. Toteż żeby nie stać się zblazowanym mistrzem gry, który odwala tylko swój obowiązek myśląc o Anglii zebrałem trochę gier, które demolują przyzwyczajenia i rozgrzewają mięśnie mistrzowania gier. Dziś opowiem wam o jednej takiej, która jak głosi tytuł notki, pozwala na zagranie kocim nekromantą!

Kot medrzec

The Cat Hack jest grą opartą o The Black Hack, czyli retroklona* pierwszych dedeków, z którego czerpie swoją mechanikę i jak na system tego typu przystało jest jej niewiele, acz treściwie. Gracze wcielają się w role inteligentnych kotów, które żyją we współczesnym świecie wypełnionym stworzeniami z baśni oraz horrorów, takimi jak: ghule, wampiry, potwór spod łóżka, eteryczne pasożyty, zjawy, ogry i wilkołaki. Bestiariusz jest całkiem spory, jak na tak krótką grę, i choć każda istota jest opisana bardzo krótko, właściwie jest to tylko nazwa plus trochę mechaniki i specjalne moce, to ich oryginalność i spójność z grą sprawiają, że pomysły same wpadają do głowy. Moi faworyci to bogata paleta eterycznych pasożytów, czyli niewidzialnych dla ludzi istot, które żerują na ich emocjach, skłaniając tym samym do złych czynów. Każdy egzemplarz jest kolejnym pomysłem na scenariusz. Nie mówiąc już o stworze nazwanym „Thing under the bed”, który mógłby być świetnym głównym antagonistą w dużej kampanii.

Kot warrior

Postacie opierają się na sześciu standardowych dedekowych statystykach: siła, zręczność, kondycja, inteligencja, mądrość, charyzma. Każda z nich ma takie same wykorzystanie w kocich przygodach jak i tych przeżywanych przez ludzi, elfy i krasnoludy. Do wyboru są też cztery klasy kota : Battle Cat, Lithe One, Shaman Cat, Pretty Kity. Reprezentują one cztery archetypowe postacie w drużynue poszukiwaczy przygód. Battle cat jest urodzonym wojownikiem, który wraz z większym poziomem może zadawać więcej ciosów, a także otrzymuje mechaniczne przewagi podczas walki z ptakami, insektami itp. Little one jest łotrzykiem, zawsze porusza się szybciej niż inne kocie klasy, ma przewagi podczas unikania pułapek, wspinaczki, zwiadu itp. Shaman cat zna się jak nikt inny na czarowaniu, o czym będę pisał za chwilę; zaś pretty kitty jest bardem, ludzie muszą zdać test żeby być w stanie go zaatakować, a on sam może śpiewać kocią piosenkę i tym samym wspierać swoich sojuszników. Ze względu na swoje specjalne zdolności, różne kości ataku i żywotności, każda z klas wyraźnie różni się od innych, co zapewnia różnorodność na sesji i sprawia, ze nikt nie będzie się nudził – chociaż brak czwórki graczy, każdy z inną klasą, może być w pewnym momencie problemem.

kot bard

Jeśli chodzi o magię to każdy kot jest w stanie rzucać podstawowe zaklęcia, które każdy posiadacz kota zna ze swojej codzienności. „Dinner dance”, który wymaga okrążenia człowieka 1k4 razy sprawia, że ten spełnia jedną podstawową kocią potrzebę, taką jak nakarmienie czy napojenie. „land on feet” sprawia, że kot nie dostaje obrażeń od następnego upadku. „Door” przekonuje najbliższego człowieka, żeby otworzył drzwi/okno przy którym siedzi obecnie kot i głośno miauczy. Te trzy czary to dla kotów chleb powszedni, z ciekawszych (i nadal podstawowych) są takie rzeczy jak: widzenie w całkowitej ciemności, zamienienie ciała w zombie/szkielet, który będzie służył kotu; rozmowa z umarłym; bądź usunięcie magii. Brzmi interesująco prawda? Zaklęcie zaawansowane dostępne dla shaman cata, to między innymi: chodzenie po wodzie, odbieranie oddechu innym istotom na kilka rund, ochrona przed złem, czy teleport, który przenosi pomiędzy cieniami. Jak widać zaklęcia są mieszanką zwyczajnych czarów, magii kapłańskiej oraz specjalnych zdolności paladynów czy tropicieli. Jest to duża różnorodność, która wzbogaca paletę możliwości działań graczy, a i humor zacny. Czary mają jednak jedno utrudnienie, jest nim zasada niewiary (disbelief). Polega ona na tym, że istnieją istoty nie wierzące w magię i dzięki temu odporne na część zaklęć (głównie bojowych). Brak wiary w czary jest określony procentowo i dotyczy głównie ludzi, którzy zostali podzieleni na kilka kategorii wiekowych i tak najłatwiej będzie zaczarować małe dziecko, dorosłego zaś niemożliwością.

kot rycerz

System posiada zestaw zasad dodatkowych, które ubarwiają rozgrywkę i koncentrują ją na kocim żywocie, co jest ogromnym plusem. Każda postać posiada na starcie dziewięć żyć, które można wykorzystywać na ratowanie się z walki, dodawanie punktów życia, bądź po prostu jako „respawny” po śmierci. Autor napisał specjalną kolumnę w której zwraca uwagę, ze koty mogą przenosić tylko małe przedmioty w pyszczkach, oraz o oznaczaniu rzeczy przez pocieranie ich i tulenie się. Tak oznaczona rzecz, istota bądź pomieszczenie daje kotu bonusy podczas wykorzystywania ich, a inne stworzenia, które posiadają odpowiednie zmysły, mogą zobaczyć, że ktoś oznaczył daną rzecz i spróbować dojść do tego gdzie jest właściciel. Inną zasadą, którą należy policzyć na duży plus dla autora jest wymaganie aby, każdy kot, który zobaczy światło lasera, zwitek papieru, albo coś podobnego, to musi zdać test mądrości, żeby nie zacząć za tym gonić przez 1k6 minut (zasada nie działa podczas walki). Na koniec jest też kilka skromnych porad dotyczących przyznawania punktów doświadczenia i rozwoju kocich postaci, które mnie zawiodły. Myślę, że można było w tym temacie stworzyć coś więcej niż tylko losowe podnoszenie statystyk i możliwości czarowania.

Kot badaas
Cat Hack jest bardzo dobrą grą o kocich poszukiwaczach przygód. Mechanika uwzględnia wyjątkowość kotów, ich cechy szczególne i popkulturowe tropy z nimi związane, co na pewno ucieszy każdego miłośnika tych zwierząt. Bogaty bestiariusz i wskazówki dotyczące tworzenia scenariuszy pozwolą rozegrać w nim wiele sesji, a może i kampanii, które mogą być dobrym ćwiczeniem na RPGową kreatywność i niestandardowe sesje. Setting współczesnego świata z potworami jest tylko jednym z możliwych, autor zachęca do umieszczania kotów w innych realiach, chociażby sci-fi z podobnej produkcji o nazwie The Sci-Fi Hack czy jakichkolwiek innych. Zdecydowanie polecam wydać te parę złotych na PDFa i spróbować czegoś nowego. Jeśli ktoś z was się waha, to może zachęci go zapowiedź przygody, którą zamieszczę w przyszłym tygodniu na blogu. Tak więc, grajcie kotami!

Wszystkie fenomenalne rysunki kotów poszukiwaczy przygód, które widzicie w tej notce są autorstwa Kyounghwan Kima, który tworzy dużo takiego dobrego contentu, polecam!

Z Kamerą wśród Mistrzów – PMM 2016 POLCON

Na tegorocznym Pucharze Mistrza Mistrzów nie zabrakło oczywiście naszej ekipy!
Merry po raz trzeci zasiadła w jury konkursu, a Andrzej po raz kolejny wziął w nim udział. Niestety, drogę zakończył już na etapie eliminacji, ale sędziowie i tak ocenili jego sesję bardzo wysoko. Gratulacje!

Obszerna relacja z PMMa autorstwa Merry w linku poniżej! Dobrej lektury.
Gratulujemy tegorocznemu zwycięzcy – Wiktorowi „Wektowi” Gruszczyńskiemu

Puchar Mistrza Mistrzów Relacja

14045529_1343744402322150_4985602914728155591_n

Warsztaty Improwizacji na obozach tematycznych RPG

Lipiec-Sierpień, czyli dwa miesiące kiedy część naszej załogi dowodzi drużynami na obozach tematycznych RPG, dzieląc się doświadczeniem, wiedzą i pomysłami, które gnieżdżą się w głowie.

Tym razem na dobrze Wam już znanych warsztatach improwizacji, udało nam się całą grupą (dziękujemy aktywnej publiczności!) stworzyć ciekawy pomysł na scenariusz przygody w…. Disneylandzie.

Wbrew oczywistym skojarzeniom, historia wcale nie ma być radosna I beztroska niczym dziecięce zabawy… To smutna opowieść o walce z demonami przeszłości, o zmierzeniu się z historią i wydarzeniami, o których nie da się zapomnieć.

Gracze wcielają się w postacie emerytów, powracających po latach do Disneylandu. Każdy po przejściach, z gęstą siwizną we włosach i potężnym bagażem doświadczeń spoczywającym na barkach.

Dawno temu, kiedy jako dzieci przyjechali po raz pierwszy do Disneylandu, zdarzył się tragiczny wypadek. Grupka kilku (czterech, może trzech) wiernych kumpli szalała na roller coasterach, podziemnych spływach, gabinetach luster, domach strachu i wszelkich dostępnych uciechach przeznaczonych dokładnie roześmianym urwisom. Byli królami życia w tym jednym radosnym dniu. Często mówi się, że 100 razy może się nic nie stać, ale ten sto pierwszy raz może okazać się zabójczy… I tak faktycznie było przy kolejnym wjeździe do Gniazda Piratów. Chłopcy uparli się, żeby po raz ostatni tego dnia zaliczyć ukochaną atrakcję, mimo, że była już zamknięta. Czego nie robi się z kumplami, cytując klasyka… Pech jednak chciał, że wybryki urwisów zostały srogo ukarane, a jeden z nich nie doczekał końca wycieczki i wyleciał z łódki… Przerażeni chłopcy uciekli, zostawiając za sobą bajkowa krainę. Po kilku godzinach zebrał się tłum, a obsługa już wiedziała co się stało.

Teraz po wielu, wielu latach przyszedł moment rozprawienia się z przeszłością i wydarzeniami z młodości. Trzech staruszków, świadomych swojego sędziwego wieku i rychłej kapitulacji wobec woli życia, postanawiają odkopać wspomnienia i nawiedzani nocnymi koszmarami wrócić, aby uwolnić duszę biednego Adasia.

Co tak naprawdę wtedy się stało? Kto był odpowiedzialny za wypadek? Jak Adaś zginął i co chcieli ukryć chłopcy? Odpowiedzi szukajcie na sesji 😉

Przy okazji warsztatowej burzy mózgów pojawiło się kilka pomysłów prologu przygody.

Oto jeden z nich:

Wyobraźmy sobie Disneyland – krainę Kaczorem Donaldem i Myszką Miki płynącą. Raj dla każdego uśmiechniętego szkraba. Zgiełk, muzyka, parada kolorowych postaci, roześmiane buźki zadowolonych dzieci i zmęczonych, ale równie podekscytowanych dorosłych. W oddali widać pędząca po szynach rakietę z Toy Story, gdzieś z głębi dobiegają wrzaski i krzyki z domu strachów Rodziny Addamsów, a nad wszystkim unoszą się gęste i lepkie kawałki różowej waty cukrowej.

Przed złotą bramą stanęło trzech przygarbionych, siwych niczym śnieg staruszków, którzy podparci – każdy jeden – na lasce, stukocząc obcasami w kocie łby, powoli przesuwają się w stronę wejścia, ale wyraźnie wyzwanie jest zbyt wielkie. Na twarzach widać skromne ślady łez, a zastygłe w obawie oczy wyrażają jedynie rychłą chęć powrotu do domu… stchórzyć czy nie? Oto jest pytanie.

Każdy jeden w krótkim przebłysku wspomnień widzi swoje życie, ostatnie wydarzenia, rodzące się wnuki, dzieci, ślub, pierwszą pracę, ukończenie szkoły, młodość, aż w końcu powrót do tego jednego pechowego dnia… i już widać delikatnie zamazany czarno-biały obraz, gdzie trzech chłopców wybiega co sił w nogach przez olbrzymią bramę Disneylandu, głośno nawołując swojego czwartego kolegę, który powoli dochodzi do bramy
– „No chodź, Adaś, nie ma na co czekać, już księżyc widać na niebie, to koniec dnia!” – echo pospiesznych komunikatów wyartykułowanych przez chłopięce gardła.
– „Idźcie, ja zaczekam…. ” – zdaje się cicho odpowiadać Adaś…

** za pomysł scenki prologu dziękujemy Paulinie 🙂

A przed Wami kawałki muzyczne, które obraliśmy za główne inspiracje do tej opowieści.

Harry Gregson Williams – Light of Life (Ibelin)

Light of Life

James Horner – Southampton
Southampton

Niedzielni NPCe – czyli Kuźnia Bohaterów Niezależnych #07

Najnowszy odcinek z serii Kuźni Bohaterów, tym razem zrodzony z moich ostatnich eksperymentów z tworzeniem NPCtów na podstawie otaczającej fauny w ramach krótkiej przygody osadzonej w lesie.

Pan Henryk, Zegarmistrz z Wilczej

Pan Henryk stworzony głównie z myślą o kampanii w Zew Cthulhu 90s w Warszawie, ale jest na tyle elastyczną postacią, że można wykorzystać go w innym settingu i innym systemie (vide Henry; Henrick)

Pan Henryk to przeuroczy staruszek, prowadzący zakład zegarmistrzowski na Wilczej 52. Jakby zapytać autochtonów, to żaden nie przypomni sobie konkretnej daty kiedy Pan Henryk wprowadził się na Wilczą. Jest na tyle charakterystyczny, że śmiało można go już nazwać tradycyjnym elementem tej ulicy. Kiedy naprawił pierwszy zegarek? Ponoć jak skończył 10 lat, bo dziadkowi wyślizgnął się z kieszeni i stłukła się szybka, a może to klapka odpadła? A może to sekundnik się zaciął? Na pewno któraś z tych wersji jest prawdziwa… Pan Henryk zazwyczaj macha ręką, jak nie może sobie przypomnieć konkretów, ale fakt jest taki, że tę historię opowiada każdemu co bardziej cierpliwemu klientowi, zaraz po wymienieniu chronologicznie wszystkich płyt Bee Gees.

Ten życzliwy staruszek o białych jak śnieg włosach wygląda odrobinę jak Gepetto, a jego ruchy zdecydowanie przypominają starego wyliniałego niedźwiedzia, gdyby zdjąć mu oczywiście te druciane okulary z twarzy. Ma tubalny głos, wiecznie wilgotny od kataru nos i głęboko osadzone kasztanowe oczy, a wielkie jak bochny dłonie mimo, że zdają się niezgrabne jak niedźwiedzie łapy, z niebywałą precyzją i delikatnością obsługują każdy zegarek.

W  jego pracowni panuje  wieczny zaduch, a naczelnym zapachem zdaje się być stare drewno. Wszędzie na ścianach można dostrzec paski od zegarków, tarcze, wskazówki i akcesoria typowe dla starego zegarmistrza. Ilekroć ktoś odwiedza jego tykającą krainę Pan Henryk wystawia głowę zza wielkiego mahoniowego biurka, uśmiecha się szeroko, obnażając garnitur nieco pożółkłych zębów i od razu rozpoczyna miłą pogawędkę.

Ze środka pracowni ZAWSZE dobiegają dźwięki płynące ze starego radia i kasety Bee Gees. Jeśli jakiś klient zwróci na to uwagę, Pan Henryk z wielką przyjemnością rozpocznie dysputę na temat jedynego słusznego zespołu. Co bardziej dociekliwi i bystrzy goście mogą dostrzec pod skórzaną kamizelką Pana Henryka starą wytartą koszulkę ulubionego zespołu.

Czasami można ujrzeć przez zakurzone okno pracowni, jak Pan Henryk pracuje, nierytmicznie tupiąc przy tym nogą i mrucząc jedną z aktualnie słuchanych piosenek Bee Gees.

Na biurku Pana Henryka stoi niezakurzona ramka ze zdjęciem ukochanej żony – Wandy. Pan Henryk nigdy nie mówi na ten temat, a jeśli poruszy się tę sprawę, próbuje zmienić tory rozmowy.

Zegarmistrz wie zaskakująco dużo o każdym mieszkańcu Wilczej, a historia Warszawy nie ma dla niego żadnych sekretów. Tak potrafi opowiadać o przeszłości tego miasta, jakby sam przeżył każde wydarzenie z historii, które opowiada. Złośliwi twierdzą, że Pan Henryk musi mieć ze 100 lat jeśli nie więcej… On słysząc te plotki, zazwyczaj zamyśla się, gładząc siwe wąsy i podsumowuje całość w konkretny sposób: „Ech, gdyby te gówniarze przeżyli tyle, co ja i widzieli to, co ja…”. Wtedy spogląda też na zdjęcie żony. Co bardziej wnikliwi klienci z pewnością zauważą to zachowanie.

Pan Henryk posiada również złoty zegarek z klapką na łańcuchu, który rzekomo odziedziczył po swoim dziadku (czyżby to ten co naprawił?). Zazwyczaj zwisa on z szybki, za którą urzęduje Zegarmistrz. Delikatnie kołysząc się od przeciągu, często wskazuje godzinę wchodzącym klientom. Dziwnym jest tylko fakt, że zawsze wybijająca godzina nijak się ma do realnego czasu i ZAWSZE wskazuje zupełnie co innego… Dlaczego? 🙂

Ulubione cytaty: „Od rana mam dobry humor!” [nucąc pod nosem] ; „Bee Gees, no jak to Pan nie słyszał?!” ; „Och, już nie zliczę ile razy byłem na ich koncercie!” ; „Ech, gdyby te gówniarze przeżyli tyle, co ja i widzieli to, co ja…”

Utwór towarzyszący: wszelkie Bee Gees, ale najbardziej popularny: How Deep Is Your Love