Wpisy

Irlandzki folk, czyli „najpopularniejszy” nie oznacza „najlepszy na sesję”


Nie znam właściwie tego przyczyn, ale folk irlandzki jest polskiemu słuchaczowi często lepiej znany od rodzimego, o innych, zagranicznych konwencjach nie wspominając. Kiedy mówię „irlandzki”, nie oznacza to koniecznie „wywodzący się z Irlandii” – muzykę tę wykonują często Angole, także zespoły będące wielką zagadką jeżeli chodzi o genezę (polski Beltaine) czy równie zdumiewający bardowie (tu można przywołać Barbarę Karlik).

Obserwacja odnośnie popularności obejmuje przynajmniej ludzi z mojej kategorii wiekowej (tzw. „pokolenie wolnej Polski”) i w miarę zbliżonych zainteresowaniach. Być może jest to powiązane z często angielskimi tekstami piosenek, być może po prostu lubimy zieleń, ale jakoś o wiele łatwiej znaleźć dziewuchę tańczącą „irlandzko” (ja tam się na tańcu nie znam, ale dla mnie to nudne strasznie), niż znającą k3 tańców plemiennych Afryki (choć młodociani djembefola grożący przechodniom, że jeżeli nie dostaną złotówki, zaczną grać na bębnach są widokiem wcale częstym, przy czym większość z nich z niejasnego powodu mówi na swój instrument „dżemba” – fajny przykład, jak Polacy potrafią sobie zawłaszczyć słowo). Może związane jest to z powermetalem pokroju Blind Guardian, z którym krótką przygodę miał prawie każdy fantasta czy rpgowiec. Nie wiem, ale chętnie bym się dowiedział.

Co jednak ważniejsze, utwory irlandzkie, mimo tradycyjnych podziałów (jak na utwory radości, płaczu czy snu – czy jak to tam szło) są zazwyczaj przez nas łatwo szufladkowane na dwie kategorie.

Tło radosnych tańców, tzw. skoczne pląsy

Ten całkowicie bezpłciowy, nieciekawy, standardowy kawałek z niemalże wyrytym na gryfie napisem „jestem ajrisz jak cholera” jest pierwszą rzeczą, jaką zobaczymy po wpisaniu na YT „irish folk”. Prawie półtora miliona odsłuchań, tysiące plusików i oznaczeń „Ulubiony”. Nie chcę powiedzieć, że ten utwór jest słaby – po prostu po odsłuchaniu kilkudziesięciu utworów tego nurtu przy kilkuset odtworzeniach ma się tego dosyć. Na lata. A przecież mimo wyraźnej melodii jest wcale niezły technicznie, często zachodzą w nim mniej lub bardziej subtelne zmiany i urozmaicenia. Świetna sprawa.

Tyle, że jest to muzyka do bólu kiczowata i na swój sposób wręcz tania.

Właściwie wykorzystanie skocznych pląsów ogranicza się do scen uwzględniających karczmy, jarmarki, festyny. Problem w tym, że muzyka irlandzka jest tak charakterystyczna,

że nie da się jej puścić w taki sposób, by gracze nie nabrali pewnych podejrzeń, że ostatnio wbrew zapewnieniom nie odświeżyliśmy sobie podręcznika do Warhammera i nie jesteśmy wkręceni w dark fantasy.

Nie używam tego nurtu w praktyce i przypuszczam, że nie będę aż do momentu, gdy postanowię wprowadzić do sesji samych Irlandczyków. Tańczących, pijących i śmiejących się. W innym wypadku zawsze, ZAWSZE konotacje będą odciągać mnie od świata właściwego. Odciągać do mrocznej krainy Riverdance.

Smuty z dominującym wokalem, tzw. taczing balads

Ten „dominujący wokal” to może nie największe z uproszczeń zastosowanych w tej notce, ale patrząc na domowe statystyki można przyjąć, że utwory bez wokali częściej należą do kategorii pierwszej.

W praktyce folk irlandzki przedostaje się do nas z tekstami w dwóch językach – angielskim i, równie często, irlandzkim, a także rzadziej: gaelickim, walijskim, bretońskim Pierwsza dziedzina ma tę wadę, że prawdopodobieństwo zrozumienia tekstów niebezpiecznie wzrasta, rośnie też szansa dostrzeżenia Wielkiej Prawdy, to jest faktu, że nawet genialni muzycy nie muszą być wielkimi poetami, co poświadcza chociażby ten zalatujący New Age'em, pięknie wykonany kawałek:

O ile jednak „The Voice” ma w sobie jeszcze przebłyski epickiego pląsania, to chociażby poniżej można zasmakować powiązań tradycji z wyraźnie sztucznymi, a przecież udanymi eksperymentami przy zabawie z elektroniką:

Więcej dobrej jakości smętów nawiązujących do tradycji irlandzkiej przywołałem we wspomnianym już wpisie o Basi Karlik.

Problem z użyciem tej muzyki zaczyna się, analogicznie do radosnych pląsów, od ogromnej dozy charakterystyczności. Czy w naszym scenariuszu planowaliśmy smutną balladę o wojnie przy kominku, czy opis pięknej przyrody, puszczenie kawałka irlandzkiego zawsze wywoła to samo wrażenie…

…damn, whatever I do it still sounds fudgin' irish!

Dla mnie jest to element wystarczający do odstrzelenia – nawet, jeżeli świetnej, nawet genialnej, a przynajmniej powszechnie lubianej – gałęzi muzyki (o ile ktoś lubi strzelać do gałęzi). Większość zespołów, które ukazałem dotychczas w zakładce „folk”, da się wrzucić do rozmaitych realiów, epok historycznych, nawet konwencji. W przypadku typowej muzyki irlandzkiej w praktyce zawsze tworzymy wrażenie Irlandii.

Jeżeli ktoś podczas sesji puści Technology of Silence, nie myślę sobie, że leci zespół z Rosji. Kiedy ktoś puści Tenhi, nie myślę o Finlandii. Kiedy poleci zaś folk irlandzki, cała masa krążących wokół powiązań popkulturowych agresywnie wybija się na pierwszy plan świadomości.

Żeby nie było. Naprawdę lubię muzykę „irlandzką”.

Ale nie na sesji.

Jako jednak, że nie każdy zgodzi się z tą opinią, więcej o folku irlandzkim w najbliższą niedzielę oraz środę, z konkretnymi polecankami i zarysami zespołów.

Folk?


Po wejściu na słuszniejszą wersję Wikipedii i wpisaniu pojęcia “folk music”, otrzymujemy taki oto fragment:
Pojęcie pochodzące z wieku XIX bywało definiowane na różne sposoby: jako muzyka przekazywana tradycją oralną, muzyka klas niższych, muzyka nieznanych wykonawców. Bywała stawiana w kontraście względem stylu komercyjnego lub klasycznego. Począwszy od połowy wieku XX, pojęcie zaczęło opisywać muzykę popularną bazującą na muzyce tradycyjnej. Do gatunków korespondujących zalicza się folk rock, electric folk, folk metal i progressive folk. (My zaś moglibyśmy tu dodać jeszcze takie kwiatki jak “pagan folk”.)

Równie ciekawe fragmenty w dalszej części artykułu:
(muzyki folkowej) nie wyodrębnia się jedynie na podstawie terminów muzycznych. (…) Definicje te bazują głównie na procesach kulturowych, nie są powiązane z abstrakcyjnymi typami muzyki.
(folk) może być także odnoszony do muzyki zapoczątkowanej przez pojedynczego kompozytora, po czym wchłonięte do tradycyjnej, niepisanej kultury społeczności.

Pojawiają się też informacje dziwne, takie jak transmisja kulturowa folku przebiega przez grę ze słuchu, chociaż zapisy również mogą być używane (skoro równie dobrze mogą być ze słuchu, jak i z zapisów, to po co o tym mówić? : )).

Myślę, że obecnie najczęściej określamy folk jako muzykę tradycyjną lub bazującą na tradycyjnej, tyle tylko, że te pojęcia zasługują wręcz na własne definicje. Czy można powiedzieć, że Beethoven nie stworzył muzyki, która zapisała się w tradycji i obrodziła licznymi naśladowcami? Problem w tym, że tradycja nie “jest” tak po prostu, tradycja się staje i tworzy. Bogurodzica w tym wypadku jest utworem tradycyjnym, ale czy określilibyście kościelną przyśpiewkę jako folk? A czy chóry gregoriańskie są folkiem? W jaki sposób mierzyć popularność, w jaki – tradycyjność?

Każda z przytoczonych definicji jest przepełniona umownością. Muzyka przekazywana tradycją oralną – a jeżeli zostanie zapisana, przestaje być folkiem? Jeżeli ktoś tworzy rock i uczy go innej osoby bez kodyfikacji, tylko pamięciowo, tworzy folk? Muzyka klas niższych – a jeżeli zaczyna do niej tańczyć arystokracja lub klasa średnia? Muzyka nieznanych twórców – czy po poznaniu twórcy utwór przestaje być folkowy?

Kupa zabawy. : )

Wiele osób, nie bez powodu, uważa, że blues jest folkiem. Czy to Wam się z folkiem kojarzy?

A utwór Chopina z tekstem inspirowanym poezją tradycyjną?

A ten sam utwór, tyle, że wymiksowany przez muzyków bałkańskich i już bez tekstu?

A utwór duetu Simon&Garfunkel z radosnym pobrzękiwaniem banjo?

A radosne, średniowieczne pląsanie przy karczemnym tańcu? Czy coś tak złożonego jest jeszcze muzyką klas niższych? Jak to zmierzyć?

Notka mało rpgowa, uznałem jednak za zabawne, że skoro listopad sobie wybrałem na miesiąc krążący wokół folku, to de facto nie piszę o niczym konkrentym. : )

Miłego mętliku w głowie. : )

Ilustracja stąd.

Niedzielna polecanka #15


W międzyczasie udało mi się natrafić na kilka utworów omawianego w minioną środę zespołu Tenhi, których wcześniej nie znałem. Album Kauan został, niestety, w o wiele mniejszym stopniu obdarzony potencjałem RPGowym. Zdecydowanie więcej tu gitar, wyrazistych pianin i wokalu – co prawda całkiem ciekawych od strony technicznej – niż charakterystycznego balansowania na granicy folku.

Polecanką obejmuje dwa całkiem przydatne kawałki.

Utwór tła, emanuje dużą ilością melancholii – a przy tym świetny main theme lub opening do sesji w klimacie gotyckiej historii, romansu. Nietrudno mi wyobrazić sobie go też jako muzykę przygody – chociażby fragment koncertu duchów w starej, opuszczonej katedrze lub wystąpienie wampira, chcącego zrobić wrażenie na łowcach myślących, że udało im się niespodziewanie wkraść do zamku.

Tu natomiast wyraźnie da się wyłapać muzyczny wyraz ulgi, spokoju wieńczącego trudną podróż, męczącą przygodę. Gdybym na jakiejś sesji użył poprzedniego utworu, na pewno nie zrezygnowałbym też z tego (chociażby w ramach metagrowego endingu).

Źródło obrazka

Gospelowa klamra


Polecanka będzie narzędziem prostym, ale bardzo efektownym. Nawet jeśli jej nie wykorzystacie dosłownie, to może znajdziecie sobie jakieś odpowiedniki, stosowne do waszych potrzeb. Ja celowałem w miniony wiek i klimaty superbohaterskie.
Bernice Johnson Reagon – Come And Go With Me To That Land
Sesję rozpoczyna rozległy opis codzienności jakiegoś miasteczka w Luizjanie lub Missisipi lat 60tych. Może być po prostu sekwencją obrazów, może towarzyszyć wjazdowi bohaterów. Kurz na ulicy, biegające wychudzone murzyńskie urwisy, białe płotki, tęga kobieta rozwieszająca mokre ubrania na obracającej się suszarce na pranie, z autobusu wysiadają czarnoskórzy pracownicy śpiewający pobożne piosenki, dzieciaki grające w baseballa. Wszechobecna bieda.
W wielkim skrócie i uproszczeniu – gracze dowiedzą się o zagrożeniu, które może zagrozić, światu, USA, Luizjanie albo tylko temu miasteczku. O tym będzie przygoda. Kiedy pod koniec im się uda nie zostaną jednak bohaterami, z jakiegoś powodu mało kto wiedział o zagrożeniu a i bohaterom przyszło je zażegnać tak, że mało kto mógł się zorientować.
Kiedy nadchodzi ostatnia scena puszczamy ten kawałek:
Come And Go With Me To That Land (X-Files version)
Wymarzona sytuacja byłaby gdyby sesja trwała jeden dzień, ale to niekonieczne… Wieczorem „po wszystkim” uświadamiamy graczom, że dzięki ich wysiłkom nic się nie stało, dzieciaki wciąż grają w baseball, robotnicy wracają autobusem do domów, młodzi ludzie śmieją się mimo otaczającej ich biedy. Nic się nie stało.
Nie ukrywam, tu fajnie udało mi się zestawić te dwa kawałki, ale trik można zastosować w dowolnym systemie, żeby wesprzeć jakąś formę klamrowej budowy przygody. Kawałek którym sesja się zaczęła może być po prostu powtórzony pod koniec.

Niedzielna polecanka #14; Podsumowanie października (+ update)

Niedzielna polecanka #14

Soundtrack z filmu „Ghost in the Shell” poraża swoją charakterystycznością. Przenikliwe głosy być może kobiet, być może starych. Jednoczesny psalm i krzyk agonii. Nie będę ukrywał, że zdecydowana większość utworów z tego zbioru jest nudna, poniżej jednak zamieszczam w mojej opinii najciekawsze.

Według mnie najciekawszy:

Utwory dostosowane w teorii do klimatów cyberpunkowych, sam jednak jeszcze w trzeciej klasie gimnazjum (uf) wykorzystałem jeden z nich jako śpiew skavenów przechodzących przez Middenheim. Kawałki z naprawdę dużym potencjałem.

Podsumowanie października

Październikowa ankieta dotyczyła sensowności wrzucania na blog recenzji albumów, które uważam za niewypały. Pytanie padło w kontekście obecności kilku takich tekstów na blogu – zazwyczaj starałem się je ubierać w ton prześmiewczy, żartobliwy i bardziej wyluzowany, niż zazwyczaj.

Wyniki:
Czy jest sens publikowania recenzji negatywnych (albumów niewartościowych, nieprzydatnych, słabych)?
Tak 8 (44%)
Nie 10 (55%)
Liczba głosów: 18

Wynik uważam za nierozstrzygający, stąd uznaję, że recenzje negatywne pojawiać się będą rzadko, zawsze w formie żartu i – w miarę możliwości – nie zajmując miejsca normalnych notek.

Najważniejszym jednak wydarzeniem miesiąca jest dołączenie do grupy autorów Cravena, który co drugi piątek będzie nas obdarzał notką bez z góry narzuconej formy czy treści. A że facet znacznie lepiej zna się na muzyce niż ja i wielokrotnie na swoim blogu udowodnił, że pióro ma lekkie acz uwagę skupiające, sam będę z niecierpliwością wypatrywał.

Jeżeli ktoś miałby ochotę zrobić z nami trio – zapraszam. : )

Publikacje w porządku chronologicznym:
The best of TOS; podsumowanie września
Blues RPG
Blues RPG – muzyka i grafika
Peter Gabriel – Passion
Muzyka Roberta Łuczaka
Clint Manssel – The Fountain, soundtrack
Duże otwarcie
Niedzielne polecanki, 12 – 13
Labradford – przekrój twórczości
Niedzielna polecanka 14; Podsumowanie października

Publikacje w podziale tematycznym:
Recenzje
Peter Gabriel – Passion
Clint Manssel – The Fountain, soundtrack
Polecanki
The best of TOS; podsumowanie września
Duże otwarcie
Niedzielne polecanki, 12 – 13
Niedzielna polecanka 14; Podsumowanie października
Zarysy twórczości
Blues RPG – muzyka i grafika
Muzyka Roberta Łuczaka
Labradford
Teoria, almanach
Blues RPG

Niedzielne polecanki #12, #13

#12

Przez przypadek natknąłem się na bardzo ciekawą (to bezpieczne słowo) grupę zespołów (stworzoną przez słuchaczy, nie twórców) na LastFM, zwaną NeoMedieval. Niektóre z tych kapel są powszechnie znane i słusznie popularne, jak Faun czy Arcana, choć obecność tutaj Within Temptation i Dead Can Dance przypomina, co jest esencją darmowych serwisów, w których każdy może mieć swój udział (tak, mam na myśli bzdury).

Przede wszystkim jednak jest tu kilkaset zespołów które ledwie co nagrały album czy dwa w undergroundowych studiach, są praktycznie nieznane a przez to – ciekawe i wyjątkowe, nie narzucające konkretnych skojarzeń z innymi tekstami kultury (jak to często pojawia się przy soundtrackach).

Przykładowe odkrycie:

Tu w wersji z obciętym początkiem i zakończeniem:

Tradycyjna, arabska (bardzo wygodne słowo, gdy właściwie nie wie się, z jakiego ludu wywodzi się dany tekst kultury) pieśń w wykonaniu bretońskiej (chyba) harfiarki. I jest dobrze.

Zachęcam do własnych poszukiwań.

#13

Nowy współautor bloga „Graj Muzyką”, czy też mniej reifikując – po prostu Craven, za dawnych czasów („szczęśliwej, krwawej młodości”) już dawno temu wrzucił do sieci utwór, który potoczył za sobą łańcuszek skojarzeń prowadzących mnie bezpośrednio do dwóch kampanii L5K. Kawałek właściwie komiczny i pozbawiony choćby pozorów sensu, niemniej jego ogromna dynamika i często zmieniająca się, a przy tym wyrazista melodia są wybitne, o ile nie mamy nic przeciwko okołojapońskim nastrojom pulpy (trzymetrowi samurajowie z minigunami! Oczekujemy!).

Wersja ciekawsza, z elementami elektroniki:

Wersja bardziej tradycyjna:

Przykładowe sugestie narracyjne bazujące na anime „Samurai Champloo” (którego nie polecam):

Przykładowe sceny: walka; akcja; heroiczny, pulpowy pojedynek; stylizowana, japońska restauracja, w której kapela wykonuje niespodziewany, groteskowy utwór.

Duże otwarcie


Witam wszystkich, to moja pierwsza notka na tym blogu. Planuję podrzucać wam regularnie bardzo konkretne pomysły na sceny i triki muzyczne na sesjach. Większość notek będzie krótka i zbliżona do Aureusowych polecanek – jeden utwór (okazjonalnie więcej) i pomysł wykorzystania. Czasem jednak trafi się dłuższa notka o jakimś albumie lub technikach RPGowych.
Instrukcja obsługi – na początku wyjaśniam o co chodzi w zastosowaniu danego utworu czy techniki, potem utwór, który należy sobie odpalić i sugerowany opis. W tekście pojawią się w nawiasach informacje o czasie w którym wchodzi odpowiedni fragment. I tu najistotniejsza uwaga. NIGDY, nie uczę się opisów na pamięć, ani nie czytam ich z kartki i odradzam to wszystkim. Po prostu znam te utwory na tyle, że wyczuwam kiedy następuje odpowiednie przejście. Szykując się do sesji można słuchać muzyki w drodze na uczelnię lub do pracy i przygotowywać sobie ramowo dany opis. Tak prowadzę bardzo rzadko i mam czas na takie zabawy. Zatem do dzieła:
Huczny tytuł – a chwyt bardzo prosty. Kontrast między fragmentem spokojnym a intensywnym oraz filmowy „odjazd” – od wnętrza statku kosmicznego aż po panoramę orbitalnej bitwy. Początkowe obrazy to nawiązanie do poprzedniej sesji. Razem powinno się to złożyć na działające na wyobraźnię otwarcie sesji.
Nina Simone – Feeling Good
W zupełnej ciszy widać kolejne obrazy – korytarze liniowca, twarze ludzi powoli mutowanych przez wirusa, których musieliście likwidować… Mostek gdzie rozstrzelano wszystkich zanim tam dotarliście, oraz twarz człowieka, który zostawił was tam na, zdawałoby się, pewną śmierć, kiedy oddalał się w ostatniej szalupie (0:39). Z zamyślenia wyrywa cię szarpnięcie, kiedy „Kaczucha” odrywa się od transportowca. Wszyscy jesteście w skafandrach na wypadek utraty hermetyczności na pokładzie. Kamera wypływa na zewnątrz, mijając w zawrotnym tempie Scotta za sterami i Willa na pozycji strzelca. Wpierw widać tylko „Kaczuchę” i kilka innych pojazdów oddzielających się od „Rackhama”, sekundę wasz wysłużony statek jest tylko punkcikiem w panoramie rdzawo-czerwonej planety. Widać niewielką asteroidę na orbicie – zbyt małą by mieć regularny kształt. Wyrastają z niej wloty hangarów i inne zabudowania, wokół natomiast migoczą rozbłyski eksplozji, a myśliwce Kartelu i buntowników wyglądają z tej perspektywy jak dwa roje wściekłych os. Kamera znów w ogromnym tempie zbliża się do was…
Pierwotnie miałem zacząć zupełnie inaczej – tzn. od mocnego kopniaka, wrzucenia graczy w rój odłamków ze zniszczonego krążownika, ale w ucho wpadł mi ten kawałek Niny Simone i urodziło się coś takiego. Po pierwsze kawałek jest ciekawym wyborem jak na SF. Po drugie od poprzedniej sesji minęło tak wiele czasu, że kilkoma scenkami-kluczami można nieźle przypomnieć co mniej więcej było ostatnio. Wreszcie widzę duży potencjał w tym przejściu od śpiewu a capella do pełnej orkiestry. Powyższe to mój przykład, ale co byście powiedzieli, gdyby wrzucić ten kawałek na początek jakiegoś wyścigu – zacząć od jednego kierowcy szykującego się do startu a wraz z orkiestrą opisać jak ruszają wszyscy uczestnicy. Tańcząca para, a dopiero później cała sala balowa.
Notka o montowaniu będzie w przyszłości, ale biorąc pod uwagę, że końcówka „Feeling Good” troszkę mi zgrzytała a miało nastąpić płynne wrzucenie graczy w scenę orbitalnej bitwy w kilka minut zmontowałem ten kawałek z „Destruction of Rodger Young” z Żołnierzy Kosmosu. Oto efekt:

Muzyka Roberta Łuczaka

Jestem ciekaw, czy ktokolwiek z Was słyszał o Robercie Łuczaku. Ten polski muzyk stworzył kilka soundtracków, raczej jednak do filmów niezbyt popularnych czy udanych (głównie chyba opartych o katolickie duchowieństwo). Głównie zajmuje się podkładami do przedstawień teatralnych.

Jego muzyki nie znajdziecie na Wrzucie czy Allegro, nieliczne wycinki na YouTubie. Tak się jednak składa, że na oficjalnej stronie pan Robert udostępnił garść swoich utworów za darmo.

Z mojej perspektywy jest to muzyka niezwykła. Elektronika sakralnoniewiadomojaka. Utwór „Ty za blisko” przywodzi na myśl podróż przez pustynię, „Antira” czy „Agnus Dei” kojarzą się z motywami religijnymi, zaś „Kajtuś czarodziej” z leniwym, sielankowym wieczorem.

Mym ulubionym kawałkiem, który poznałem mając może dziesięć lat, jest element albumu „Królestwo Wichrowych Wzgórz”, zatytułowany „Sancto Spiritu”. U jego początku słychać łacińską inkantację, która przechodzi płynnie w gitarową solówkę, po której wreszcie następuje prawdziwa eksplozja melodii.
Poniżej wersja pełna, do ściągnięcia ze strony:

Zaś tutaj – przykład skrócenia w darmowym programie Audacity i pozostawienia najlepszej części:

Zachęcam do przejrzenia strony, ściągania i słuchania. Sporo dobrej muzyki przygody.

Blues RPG – muzyka i grafika


Jeżeli nie miałeś jeszcze okazji, zapoznaj się z poprzednią notką bluesową.

Poniższa lista nie zawiera jakiejś undergroundowej awangardy bluesa – są tu głównie utwory znane lub czerpiące z klasycznych motywów i skal, przez co nieco wyraźniej potrafią zarysować bluesowe standardy.

Jeżeli chcecie zapoznać się z przekrojowym, chronologicznym zarysem bodajże 50-o letniej twórczości amerykańskich bluesmanów, polecam składankę Martin Scorsese Presents the Blues, od której zresztą zaczęła się moja, heh, Przygoda z tym nurtem.

Zaczynamy od klasyki. „The Thrill Is Gone” jest jednym z najbardziej znanych utworów z tej listy, często nieutożsamiany z bluesem. Ciekawa jest również jego ewolucja – kiedy B.B. King stał się jednym z najbardziej cenionych gitarzystów świata (przez pewien czas piastował bodajże trzecie miejsce na liście „the best of”), zaczął swoje koncerty urozmaicać niekończącymi się solówkami, przez co ten krótki kawałek osiąga nawet 10, 15 minut. Standardowy utwór o miłości.

Kolejny utwór również jest bardzo znany, a to za sprawą udziału John Lee Hookera w filmie „The Blues Brothers”, w którym zgodził się uczestniczyć w nagraniu jednej sceny pod warunkiem, że producenci nie puszczą playbecku, tylko zgodzą się na nagranie ulicznego koncertu. „Boom boom” dotyczy miłości (?), lecz zaskakuje jego zmysłowość i całkowite odejście od nadmiernej, sztucznej idealizacji.

Trzecim z kolejności utworem będzie też słynny kawałek, który również miał swój udział w przeżyciach Braci Blues – „Sweet Home Chicago”. Poniższe wykonanie, prawdopodobnie najpopularniejsze, należy do duetu Keb' Mo' & Corey Harris, przy czym należy pamiętać, że to tylko jeden spośród utworów Roberta Johnsona, które później doczekały się nawet kilkunastu coverów.

A tu, dla porównania, jak to zagrał sam Johnson:

Moim ulubionym artystą bluesowym jest bez wątpienia Skip James. Znać go możecie z utwory pełniącego ważną funkcję w filmie „Ghost World”. Żeby nie przekładać własnych sympatii na całą notkę, zaprezentuję tylko jeden jego utwór, za to w dwóch wykonaniach – z lat 30′ i (po wielkim powrocie przy wielkim boom na klasycznego bluesa) 60′. „Hard Time Killing Floor Blues” doczekał się sporej ilość coverów, w tym udanym filmie „O brother where art thou?”. Skip James był naprawdę zajebistym gitarzystą – wersja filmowa utworu jest tak prosta, że nawet ja potrafię ją zagrać, kiedy wersji Skipa Jamesa nie potrafi odtworzyć prawie nikt.
Wersja oryginalna:

Jedna z wielu prób ponownego nagrania studyjnego:

John Lee Hooker już się pojawił, tym razem zaś podziwiać możemy jego współpracę z Bonnie Rait. Kawałek „I'm In The Mood” bazuje na klasycznym, bluesowym bicie, jednak wrzucone doń solówki (może leniwe, za to posiadające wspaniałą melodię) poświadczają wielkie umiejętności gitarzysty.

Utwór powyższy był pomostem do bluesa wykonywanego przez płeć piękną. Kawałek „Wang Dang Doodle” (tak, tworzenie tekstów bluesowych nie zawsze wymaga wielkich umiejętności literackich) wykonany przez Koko Taylor, zbliżający się mocno to rhythm'n'bluesa dobitnie poświadcza, że blues nie jest przeznaczony wyłącznie do melancholijnego użalania się nad sobą.

To jednak jeszcze nic w porównaniu z beztroskim kawałkiem „Hound Dog” w wykonaniu Big Mama Thornton. Duża Mamuśka swym charakterystycznym, szorstkim wokalem udowodniła, że nawet duże dziewczynki potrafią się w bluesie odnaleźć.

Poniższy duet z melancholijnego wyznania wokalisty płynnie przechodzi w pełen pasji śpiew niewiasty. Przykład muzyki nowoczesnej, gdzie wokal i k4 instrumentów przestało wystarczać – pojawiła się orkiestra, a rola instrumentów znacznie przewyższała rolę śpiewu. Nagranie koncertowe:

O Son Housie wspominałem w poprzedniej notce – to ten niedoszły pastor-alkoholik. Nie chciałem załączać jakiegoś stricte religijnego utworu w rodzaju gospel (a trzeba wiedzieć, że Son House naprawdę poruszał widownię), stąd kawałek bardzo reprezentatywny, a przy tym świecki.
„Death Letter Blues” zasługuje na określenie „przykładowej improwizacji bluesowej”. W poniższej wersji możecie uświadczyć zaledwie kilkanaście z dwudziestu kilku istniejących strof – poszczególne zwrotki Son House dobierał wedle uznania i sytuacji, czasem wymyślał je na bieżąco, jeżeli chciał, zmieniał poszczególne wersy. W dodatku utwór jest piekielnie trudny do zagrania – jak on go na koncertach był w stanie zagrać niemal bez pomyłek, nie mam pojęcia.

Howlin' Wolf! Nie jakiś Wilk, nie Wilki czy Ulvery, tylko „howlin' wolf”! Utwór ten świetnie do wycia pasuje – tekstu ma niewiele, zaś jego najcharakterystyczniejszą częścią jest regularnie powtarzające się zawodzenie. Kawałek klasyczny wręcz, w którym największą rolę pełnią emocje wokalisty przy niemal niezmieniającym się tle muzycznym (choć rola harmonijki ustnej jest niebagatelna).

„Black Magic Woman” poznałem niedawno i niełatwo mi powiedzieć na temat utworu czy samego Fleetwood Maca coś ciekawego. Przede wszystkim jednak jest to utwór nagrany przez białych Brytoli, którzy swoją grupę uformowali w latach 60′ jako jedni z wielu. Jest to więc biała wisienka na torcie, że tak rasistowsko się wyrażę (jakoś tak w temacie bluesa jestem niechętnie nastawiony do wszystkich białych).

Nie zgadzam się z faktem, że Catfish Blues, jakoś się nie przedostał do popkultury. Trudno się jednak dziwić, skoro Robert Petway urodził się niewiadomogdzie być może w 1908, nagrał 16 kawałków, zniknął w 1942 roku pozostawiając jedną fotografię. Człowiek bez życia publicznego, który w studiu pojawił się tylko dwa razy, grał sam, śpiewał sam i nie wiadomo nawet, czy umarł. Ale, damn, grać potrafił.

A teraz trochę archeologii. Wpierw Lightning & Group w jedynym, powszechnie znanym (za sprawą kompilacji Martina S.) utworze Long John. Doskonały przykład, jak blues wyglądał w czasach, gdy dopiero wyłaniał się z Murzyńskich work songów.

Tu zaś jeden z najsłynniejszych (IMO niesłusznie) utworów bluesowych świata – „Dark Was the Night, Cold Was the Ground”, nagrany w 1927 przez Blind Willi Johnsona. Utwór nie ma tekstu, zaś jego tytuł właściwie niewiele mówi (choć pozwala snuć sporo domysłów), niemniej określono ten kawałek jako gospel-blues (krytycy muzyczni… ah, jak niewiele Was różni od nas, filologów). W tym utworze właściwie nic się nie dzieje, ale że „ma klimat”, wysłano go na Złotej Płycie na pokładzie Voyagera w 1977 (przypomnę – jest to płyta, na której nagrano najbardziej reprezentatywne utwory i dźwięki z całego świata w nadziei, że ufoludki go dostaną do łapek i wrzucą do swojego fonografu).
Więcej o utworze na Wikipedii. Znajdziecie tam cytaty w stylu “the most soulful, transcendent piece in all American music”.

No i jeszcze trochę z Roberta Johnsona, na dobry finał. Pamiętajcie, że nagrania w studiu w 1936 wyglądały nieco inaczej, niż obecnie – nikt tych kawałków nie ciął i nie uzupełniał, muzyk po prostu siadał i grał. Ten koleś naprawdę potrafił to zagrać idealnie przy jednym podejściu. „Crossroad Blues” to jeden z tych Bardzo Diabelskich Kawałków, w których osobiście niczego satanistycznego nie widzę, ale przecież powszechna opinia nie może się mylić.

Na koniec garść linków do ciekawych ilustracji:
http://amotion.deviantart.com/art/The-Devil-And-Mr-Johnson-34666913?q=boost%3Apopular+Mr+Johnson+And+The+Devil&qo=0
http://lucylking.deviantart.com/art/Blues-II-50516025?q=boost%3Apopular+Blues+II&qo=0
http://freepaint.deviantart.com/art/bluesman-24544256?q=boost%3Apopular+bluesman&qo=2
http://000moggy000.deviantart.com/art/Detroit-no-13-bluesman-59106182?q=boost%3Apopular+bluesman&qo=11
http://ericboler.deviantart.com/art/Lightnin-Hopkins-27487914?q=boost%3Apopular+Lightnin&qo=10
http://foolys.deviantart.com/art/Lightnin-Hopkins-8759337?q=boost%3Apopular+Lightnin&qo=34
http://grafik.deviantart.com/art/BLUES-91167461?q=boost%3Apopular+The+Blues&qo=11

The best of TOS; podsumowanie września

W środowej recenzji Technology of Silence wspominałem, że przez pokaźny zbiór darmowych utworów trzeba się wpierw przedrzeć. Oddzielić pokaźną ilość nieciekawych szumów, by odnaleźć choćby garść perełek.

Uznałem, że warto by zainteresowanych w tej dziedzinie wyręczyć. Na mojej liście „the best of” starałem się zamieścić nawet utwory nieco oddalone od mego gustu w celu jej urozmaicenia. W ten sposób może się okazać, że kilka kawałków nawet osobom zainteresowanym zespołem nie podejdzie – mam nadzieję, że takich przypadków będzie jak najmniej.

Przypomnę – wszystkie kawałki są darmowe, zaś sięgnąć po nie powinny głównie osoby zainteresowane klimatami postapo.

1 A Boll With Performing Fleas
2 Affectionate Song of Radiation
3 Broken Radiola
4 Call of City
5 Fever
6 Follow Her Trace
7 Forgotten
8 Greetings from USSRHot Rain
9 Neon Death
10 Neon Reincornation
11 Night Butterflies. Dead Band Beautiful
12 Resistance
13 She Never Was And Never Will Be
14 Swamp
15 The Light of Invisible
16Velo City
17 When Machines Fall in Love
18Bonus track – pocięta wersja Call of City

Podsumowanie września

Przyznam, że w tym miesiącu szczególnie brakowało mi zapału do kontrolowania bloga. Wrzesień rozpoczynałem z bodajże czterema tekstami, mającymi starczyć na cztery tygodnie. Październik rozpoczynam z niczym.

Niedzielne publikacje z poranków przeniosły się na południa i popołudnia, gdyż przestałem je przygotowywać w piątek / sobotę, a zacząłem w niedzielę.

To się nazywa „nawał pracy”.

Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić zapasy literek (gdyż pomysłów mi akurat nie brakuje) i nie doprowadzę do dziur w publikacjach.

We wrześniu przeprowadziłem ankietę na nazwę bloga. Jej wyniki zachęciły, by nie zmieniać nazwy pierwotnej:
Eter 3 (16%)
Graj Muzyką 12 (66%)
Radio Bard 3 (16%)
RPG Muzyka 3 (16%)
Inna (nikt nie przesłał mi nowych propozycji) 2 (11%)
Liczba głosów do tej pory: 18

Jeszcze dzisiaj postaram się załączyć nową ankietę.

Od kilku tygodni zachęcam do uczestnictwa w inicjatywie Borejki dotyczącej Karnawału Blogowego. Termin mija 13 października i do tego momentu reklama w czołowym miejscu bloga sobie powisi.

Publikacje w porządku chronologicznym:
Ulver – Kveldssanger, recenzja
Sigur Ros, Untitled, polecanka
O roli muzyki na sesji, teoria
Jalan Jalan – Lotus, polecanka
Barbara Karlik, zarys twórczości
Dwa battle tracki z cRPGów, polecanka
Soundtrack z Symetrii, recenzja
Soundtrack z Dragon Age'a, minirecenzja
Technology of Silence, zarys twórczości

Publikacje w podziale tematycznym:
Recenzje
Soundtrack z Dragon Age'a
Soundtrack z Symetrii
Ulver – Kveldssanger
Polecanki
Sigur Ros, Untitled
Jalan Jalan – Lotus
Dwa battle tracki z cRPGów
Zarysy twórczości
Barbara Karlik
Technology of Silence
Teoria, almanach
O roli muzyki na sesji