Wpisy

Arcanum

Uwaga! Album udostępniony za darmo!

Jeszcze przed założeniem bloga Graj Muzyką miałem w głowie kilka soundtracków, które chciałem omówić. Jednym z nich był album Black Moon Chronicles. Kolejnym, nieostatnim, był Arcanum. Długo jednak wahałem się, czy warto nań tracić aktualkę, gdyż jest naprawdę dobrze znany. Zwłaszcza w Polsce, gdzie gra komputerowa Arcanum od dawna jest przytaczany jako jedna z najsilniej oddziałujących na wyobraźnię inspiracji do Wolsunga, zaś na świecie był bodajże pierwszą tak dopracowaną (co nie znaczy: dobrą) grą zakorzenioną w nurcie steampunk.

Ten OST jest wszędzie. Serio. Da się go ukraść z wielu miejsc w sieci, a zdarza się, że na przykład mój prowadzący od Wolsunga powie, że by „wejść w klimat” słuchał go cały dzień i już ma go dosyć. Stąd chcę dorzucić swoją opinię – nieco zdystansowaną i nie tak entuzjastyczną, jak często spotykam w sieci.

O ile płyta ma kilka naprawdę dobrych utworów, potrafi się przejeść bardzo szybko. Tak bardzo, że znam osoby, które wyłączały muzykę w trakcie gry i puszczały cokolwiek innego z Winampa.

Ben Houge postawił na oryginalność i osiągnął sukces. Każdy, kto grał w Arcanum, nie pomyli tych utworów z niczym innym. Ich podstawą jest kwartet smyczkowy (w swym najbardziej standardowym składzie – dwie pary skrzypiec, altówka i wiolonczela). Utwór Quintara posiada dodatkowo djembe (w ilościach śladowych) i rainstick („kij deszczowy”, instrument bez polskiej nazwy, wydaje dźwięk podobny do deszczu). Trzy ostatnie utwory z listy zostały doprawione syntezatorem.

Dostrzegacie już problem? Tak, mamy wpierw ponad czterdzieści minut muzyki smyczkowej, później nieznaczne urozmaicenie, które w dwóch ostatnich kawałkach przechodzi w zwyczajny, nieciekawy szum (rekwizyt do lochów).

Drugi problem to fakt, że za każdym razem, gdy puścimy te utwory przy osobach, które zetknęły się z Arcanum, na dziewięćdziesiąt procent wytworzymy w nich skojarzenia z przypowieścią o maszynach i magyi. To mocno zawęża potencjalne wykorzystanie.

Są utwory mniej lub bardziej dynamiczne, mniej lub bardziej udane. Część utworów różni się znacznie, co nie dziwi, skoro część z nich miała przyozdabiać spacer po wsi, kiedy inne obrazowały walki w podziemiach. W gruncie rzeczy sam sięgnąłem po grę komputerową tylko dlatego, że usłyszałem mój ulubiony kawałek, Villages:

Choć nie przebijam swym oddaniem osób, które wykonują covery całego albumu:

Co i tak nie pobija mego znajomego, potrafiącego włączać grę tylko po to, by posłuchać „main theme’u”:

Soundtrack ma fanów, ma też licznych wrogów. Osobiście widzę jedno rozwiązanie – puścić drużynie jeden utwór i spytać, czy się podoba. Dopiero, jeżeli otrzyma się potwierdzenie, warto się albumem pobawić. A, niestety, wymaga wcześniejszego zapoznania. Po wywaleniu słabych utworów i wspomnianych już szumów, pozostaje z pół godziny muzyki o tak różnej dynamice, że dodatkowo warto oddzielić utwory spokojne od, heh, „utworów akcji” (które w innych grach na pewno by tego miana nie zdobyły). Poza tym, taki Dungeons podchodzi pod grozę.

Jeżeli puścimy album jako tło, połowa graczy uśnie, połowa będzie myślała o wojownikach w pancerzach płytowych i z rewolwerami. Wymaga on przemyślenia i sam fakt, że „kojarzy się steampunkowo” (bodajże samo Arcanum utworzyło stereotyp, który wzorcowo wypełnia) nie wystarczy, by puścić go na dowolnej sesji Wolsunga.

Jest to muzyka, którą należy się bawić w przemyślany sposób. I tylko w wąskiej konwencji. I nawet, jeżeli można ją wpisać do nurtu wysoko-artystycznego i stoi na wysokim poziomie, IMO nie warto nieustannie podkreślać jej zajebistości.

Muzyka tła: 1/5 – słucham tej muzyki z godzinę i co chwilę ziewam;
Muzyka sceny: 3/5 – do sesji steampunkowych znajdziemy sporo pożywki, jednak koniecznie trzeba ją przeplatać innymi wykonawcami, by zwalczać monotonię. Najlepiej oddzielić od siebie kawałki skrajnie odmienne i dorzucić je do istniejących składanek;
Muzyka chwili: 4,5/5 – otrzymujemy tu masę fajnych rekwizytów, które w przemyślany sposób mogą zachęcić nas do konkretnych motywów, będąc dobrą pożywką dla wyobraźni;
Muzyka drużyny: Tak.

Ciekawostka: Istnieje utwór, które nie wchodzi w skład oficjalnego soundtracku. Numer 22 (dobry!) do znalezienia tutaj: http://sierrahelp.com/Assets/Music/Arcanum/

Świątecznie i okazjonalnie


Święta, rocznice, festiwale i różne obchody to świetna metoda by nadać życia przedstawionemu światu. Czasem w kampanii można ulec wrażeniu, że zmienia się jedynie okolica, a świat jest jakby zamrożony i czeka jedynie w skupieniu na działania graczy. Wprowadzenie balangi nie związanej z graczami może nadać kolorów settingowi. To nie musi być rocznica koronacji króla, dzień niepodległości czy festiwal noworoczny. To może być ślub lokalnej sławy, lub czyjkolwiek jeśli gramy w małowioskowe fantasy.
Johann Pachelbel – Canon In D Jest jeszcze jedna funkcja. Fajne okoliczności, tak samo jak fajne otoczenie tworzą doskonałe warunki do odgrzewania starych kotletów. Przygoda z włamaniem do sejfu dyrektora jakiejś firmy? OK potwórzmy ją. Ale tym razem zamiast dokumentów będzie chodzić o słynny diament, zamiast zwykłego biurowca wstawimy Empire State Building, zamiast obchodzenia stróża nocnego, serwujemy ceremonię oddania budynku. Orkiestra gra klasykę, suknie wieczorowe, towarzysząca imprezie wystawa drogocennych kamieni…
Por una Cabeza – Carlos Gardel Znów trzeba przemknąć, pogadać, zbajerować a pod koniec kliknąć na quest item, ale jest tak jakoś inaczej. Jest klimacik, dodatkowe atrakcje. Ponadto mamy tu ciekawy zabieg muzyczny. Zamiast muzyki do „się skradania” leci klasyka, możemy nie opisywać, że piętro niżej (tudzież na drugim końcu korytarza) ludzie wciąż się bawią, muzyka sama przypomina graczom o tym w jakich okolicznościach rozgrywa się ich akcja.
When The Saints Go Marching In – Louis Armstrong Warto mieć odpowiedni kawałek na moment, gdy zegar wybije północ. Życzymy wielu (ale nie zbyt wielu) muzycznych (ale nie zbyt muzycznych), ale przede wszystkim udanych sesji w przyszłym roku!

Korzyści z istnienia kultury Majów


Istnieje pewien niezmiernie słaby film o nazwie Źródło, którego fabuła, morał, dosłowność, dialogi i gra aktorska są wręcz żałosne. Jest to jedna z produkcji, która skrócona o 25 minut byłaby o wiele, wiele lepsza.

Zaletami filmu są charakterystyczne, animowane sekwencje przedstawiające coś na kształt kosmosu (żeby nie mówić: wizualizację duchowych rozterek protagonisty) oraz prawdopodobnie najlepszy soundtrack filmowy, jaki dane mi było poznać. O ile więc „symbologia” filmu doprowadza do bólu zębów, same utwory (których tytuły nawiązują do konkretnych scen, będąc dla nas nieintuicyjne i nieprzydatne) stanowią czyste mistrzostwo.


Poziom kawałków waha się między „genialne” a „dobre”. Clint Mansell w przeszło czterdziestu sześciu minutach muzyki uniknął monotonii, choć cały soundtrack ze Źródła bazuje na mocno powiązanych melodiach. Chociaż większość płyty jest leniwa i melancholijna, zdarzają się mocne wybicia, które z jednej strony pobudzają słuchacza, z drugiej – podczas sesji mogłyby zakłócić planowaną narrację.

Niemniej jako uniwersalna muzyka tła do sesji pozbawionych scen akcji jest to „must have”, zaraz przed opisanym przy innej okazji soundtracku z Symetrii. Elektroniki jest tu co prawda jak na lekarstwo, ale album równie dobrze wpisze się w SF, jak i fantasy czy światy historyczne.


Poszczególne kawałki można bez większych trudności umotywować w świecie gry – do czynienia mamy z kwartetem smyczkowym, tworzącym zazwyczaj główną linię melodyczną, do tego dochodzą klawisze (być może odpowiedzialne za wspomniane fragmenty elektroniki), instrumenty perkusyjne, gitara elektryczna i rzadkie chóry.

Teoretycznie ostatni utwór, zawierający jedynie dźwięki pianina, mógłbym uznać za niekonsekwencję i najsłabsze ogniwo, znam jednak osoby uważające go za utwór pełny i wyśmienity. Po prostu nie posiadam dość umiejętności, by się do jakiegoś elementu przyczepić. Just enjoy some tracks.

Muzyka tła: 5/5 – jeżeli nie spodziewacie się rozgrywać scen akcji, ten album może łatwo zapełnić z dwie godziny gry;
Muzyka obszaru: 2/5 – można tym albumem urozmaicić składanki takie jak „melancholia, sen, koncert”, jednak przyznam, że sam bym go tak nie wykorzystał;
Muzyka przygody: 2/5 – jak powyżej. Można próbować, można szukać, ale sam poszukałbym raczej innych kawałków;
Muzyka drużyny: Nie.

Na marginesie. Jak już słuchacie utworów, ciekaw jestem, jak Wam podoba się zestawienie mojego tekstu z reckami profesjonalnych znawców muzyki i kinematografii, jak choćby tutaj. Teoretycznie jest tu bardzo dojrzały aparat krytyczny, jednak z mojej perspektywy tekst ten, choć niewątpliwie bardziej przemyślany i dojrzalszy od mojego, jest po prostu nudny. Jak Wy się na to zapatrujecie? Powinienem starać się bardziej wyczerpywać temat, silić na porównania itp., czy wolicie, jak dotychczas, krótki wstęp i skupienie na mięsie?