Ostatnia polska harfiarka


Przesadzam – w Polsce jest przynajmniej kilka harfiarek (i pewnie z kilkanasście, kilkadziesiąt harfistek), jakoś tak jednak wyszło, że wpisując do Googli „polska harfiarka” lub adres harfiarka.pl pojawi się przede wszystkim właśnie Ona – Barbara „Maskotka” Karlik, która swoją naukę śpiewu i gry na cláirseach rozpoczęła zaskakująco późno, kierując się przede wszystkim pasją i zamiłowaniem do kultury i muzyki Irlandii. Pomimo trudnych początków, z determinacją poszerzała swoje możliwości, by wreszcie z dema przejść na pierwszą, a w końcu też i drugą oficjalną płytę. Tekst ten stanowi ich ogólne omówienie i nieszczegółową recenzję.

Ten akapit będzie zgoła sentymentalny, szukający więc RPGowego mięcha niech czmychają od razu poniżej. Początek tej notki wyraźnie wskazuje – zwłaszcza w obliczu kilku negatywnych opinii zamieszczonych poniżej – na dość dużą sympatię wobec osoby twórczyni. Nie będę tego ukrywał – poznałem muzykę Maskoty bodajże pięć lat temu, na pierwszym Pyrkonie, na jakim się pojawiłem. Koncert właściwie zepchnięty na margines, bodajże zaczął się o 21 jako ostatni punkt piątkowego programu, na który przyszła jedynie garść słuchaczy i sporo osób co jakiś czas wchodzących do sali, by od razu ją opuścić. Dla mnie jednak był to moment przełomowy – mając szesnaście lat uświadamiałem sobie właśnie, że metal i gotyk nie są muzyką, która do mnie pasuje. Zaś utwory Basi, mimo licznych pomyłek, wpadek i wyraźnego zmęczenia słuchaczy, oczarowały mnie – one otworzyły dla mnie drzwi do wszelkiego rodzaju folku, który udowodnił mi, że o muzyce nic nie wiem i nigdy jej po prawdzie nie ogarnę, przez co ostatecznie skierowałem się w stronę takich stylów jak blues, ambient i coraz to odleglejsze od polskich granic dźwięki tradycyjne. Do teraz chodzę na niemal wszystkie koncerty Basi organizowane w Poznaniu, utrzymuję z nią sporadyczny kontakt i autentycznie cieszą mnie autografy na zakupionych od niej płytach. Mam u niej ogromny dług, a dostrzeganie jej coraz większej popularności, osiągnięć i umiejętności są dla mnie źródłem prawdziwej satysfakcji.

Muzyka Basi to głównie irlandzkie, tradycyjne brzmienia i utwory współczesne na takowe stylizowane. Na jej koncertach można usłyszeć zarówno Siuil a Run, jak i Sweet Dreams czy Kaczmarskiego. Nie ma tu sztywnych ram, jednak pobrzękiwania irlandzkiej harfy mają to do siebie, że bez szczególnej refleksji przywodzą na myśl muzykę ludową. Wszystkie jej albumy (demo, „Mairi Cláirseach Śpiewa” oraz „Karczma Niedokończonych Opowieści”) składają się niemal wyłącznie z jej śpiewu i harfy (choć nie brakuje utworów instrumentalnych), choć na „Karczmie” pojawia się czasem dosyć marny „akompaniament”, czyli jakieś tam słabiutkie klawisze, bez których całość byłaby znacznie lepsza, ale najwyraźniej nie znalazł się tani muzyk, który byłby w stanie lepiej zrealizować wizję artystki.

Koncentracja muzyki na jednej osobie kojarzyć się może z typowym dla popkultury postrzeganiem stereotypowego barda – samotnika odtwarzającego pieśni o czynach (pomińmy kwestię (nie)słuszności takiego wizerunku). Jeżeli wychowywaliście się na średniej jakości fantastyce, Wrotach Baldura lub elfich minstrelach z granic Imperium, odnajdziecie tu sympatyczną podróż do wspomnień dzieciństwa.

Muzykę Harfiarki wykorzystać można właśnie w scenach przedstawiających karczemne przyśpiewki, podróżników spoczywających przy ognisku itp. Odnajdziemy tu kawałki jednoznacznie nawiązujące do stylistyki fantastycznej (utwory o elfach, rycerzach, księżniczkach i masa irlandzkiego niezrozumienia – ładny ten język, ale nawet te kilka słów, jakie znam, są dla mnie niewymawialne). Szczęśliwie możemy przebierać w różnych konwencjach – obok kołysanek znajdą się pieśni o miłości, obok pieśni niemalże otwartą dłonią nawiązujących do sesji RPG (z którymi Basia miała całkiem niezłą relację) – kawałki swawolne, zaś humor przeplata się melancholią i stagnacją. Prowadzący może więc znaleźć tu masę muzyki zarówno obszaru, jak i przygody – nie muszę nawet wspominać, że wiele utworów posiada zgoła inspirujące teksty.

Osoby znające mnie trochę dłużej wiedzą, że jestem straszną marudą, zaś poprzednie akapity są zaskakująco przychylne. Przejdźmy więc do elementów słabszych.

Przede wszystkim – Maskotka ma głos bardzo charakterystyczny i znam wiele osób, które są nim oczarowane i równą ilość tych, którzy w praktyce nie są w stanie bez grymasu zdzierżyć choćby jednego utworu. Co więcej – jej technika śpiewu i gry ciągle trącą amatorszczyzną, przez co znajdzie się – nawet na studyjnych nagraniach! – wiele kawałków posiadających dostrzegalne, nieczyste lub zaskakująco niekonsekwentne partie. Wspominałem też o marnym akompaniamencie – z mojej perspektywy właściwie pogrzebał kilka naprawdę świetnych kawałków.

Zaskakującą cechą tej twórczości jest też odmienność gustów nawet w obrębie wielbicieli lub zwykłych słuchaczy. Mam przyjemność rozmawiać z różnymi osobami na temat muzyki i zazwyczaj da się stwierdzić, że jeden utwór jest bardziej popularny czy udany, zaś inny mniej. Z muzyką Basi jest inaczej. Kawałki, które uważam za nudne i nigdy nawet nie wrzucam ich na playlistę posiadają wiernych fanów, którzy za to nie za bardzo potrafią zrozumieć, co fajnego można zauważyć w mych faworytach. Prowadzący, który puści jakiś kawałek na sesji, powinien się spodziewać, że utwór niezwykle dla niego inspirujący i cieszący się względnym uznaniem dla kogoś z drużyny będzie czystą stratą eteru.

Jest też pewien problem z utworami-żartami. Kawałkami w stylu „Jak dobrze być hobbitem”, czy „Piękna i młoda”. Żarty po wielokroć powtarzane przestają być zabawne. Kawałki, których sednem nie jest ciekawa melodia, tylko puenta, nudzą się – ich wykorzystanie może nawet dla prowadzącego być nużące. Utworów o raczej małej szansie na wykorzystanie jest więcej, na czele z „Kołysanką erotyczną” czy „Czarnym Kotem”.

Ocena twórczości Maskotki jest trudna – zwraca uwagę kiepska jakość dźwięku, zdarzają się utwory słabe lub niedopracowane, liczne przeskoki nastroju sprawiają, że właściwie dopiero posiadając całość jej twórczości możemy stworzyć z tego jakieś zwarte składanki na kilka scen czy lokacji. Same płytki nie są drogie – obecnie można kupić tylko „Karczmę” za 25 pln, ale sporą część starszych utworów da się znaleźć na Laście czy innych miejscach. Trzeba przyznać, że muzyka ta – grana na koncertach, przerzedzona anegdotami, kontekstami, strojeniem harfy i improwizacją staje się, cóż, inna. Jednak nie znam równie intrygującej możliwości sięgnięcia po polskojęzyczny folk, jednocześnie nowoczesny i nawiązujący do fantastycznej estetyki, ale trzymający się dawnych standardów i nastrojów (nie tworząc takich dziwacznych Tworów Muzycznych jak Żywiołak).

Muzyka tła: 1,5/5 – wyraźnie odwołujące się do klimatów fantasy tematy, użycie języka polskiego, mocno zwracająca uwagę harfa i wokal, w dodatku często budzące niechęć słuchaczy – nie, to nie może się udać;
Muzyka obszaru: 4/5 – jeżeli postacie zawitają we wsi, w karczmie lub na dworze posiadającym nadwornego minstrela, posiadamy bardzo dobrze umotywowaną muzykę mogącą sobie pomykać z boku. Albumy Maskoty świetnie wesprą składanki skupiające się na sytuacjach, gdy postacie graczy mają kontakt z prostymi ludźmi lub arystokracją o „chłopomańskich” ciągotach;
Muzyka przygody: 4/5 – da się znaleźć dużą ilość utworów przydatnych do różnorodnych scen. Jednocześnie dostajemy niemalże gotowego NPCa – kobiecego barda – i możemy ściągać z jego pieśni motywy na sesje lub podkreślać już wymyślone wątki odpowiednią oprawą. Świetna sprawa;
Muzyka drużyny: Tak.

Podobał Ci się nasz wpis? Podziel się nim!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *