Wywiad z Jarosławem Grzędowiczem

Dzisiaj trochę z innej beczki, a mianowicie przeprowadzony przez Merry (już jakiś czas temu) wywiad z Jarosławem Grzędowiczem, autorem sagi „Pan Lodowego Ogrodu”.

M.P.: Przede wszystkim serdecznie dziękuję, że zgodził się Pan na ten krótki wywiad. Przyznam, że jako fanka cyklu „Pan Lodowego Ogrodu” zawsze chciałam zadać Panu kilka pytań na temat tej sagi. Nareszcie mam ku temu okazję.

M.P.: Czy historia opisana w sadze „Pan Lodowego Ogrodu” została przez Pana od razu wymyślona w całości? Czy wszystkie założenia i główne wątki powstały podczas tworzenia pierwszego tomu, czy kontynuacja tej opowieści rodziła się w miarę pisania?

Jarosław Grzędowicz: Zawczasu powstała cała struktura powieści – pomysł, krótko mówiąc. Wszystkie założenia dotyczące tego o czym jest ta książka, na czym polega pointa, kto kogo i dlaczego. Z konieczności na tym etapie założenia są skrótowe i syntetyczne. Znamy podstawowe zwroty akcji i jej bohaterów, ale pomiędzy punktami węzłowymi zieje może nie pustka, ale bardzo ogólne wyobrażenia o tym co się ma dziać. W efekcie powieść, pomimo że wymyślona od początku do końca, cały czas obrastała w szczegóły, wątki i dodatkowe zdarzenia.

M.P.: Czym Pan kierował się przypisując główny i najsłynniejszy motyw muzyczny z filmu Carlosa Saury „Nakarmić kruki” – „Porque te pas” – Dolinie Bolesnej Pani (jedna z krain w powieści, red.przyp.)? Czy lubi Pan twórczość Saury, czy wprowadził Pan ten zabieg z innych powodów?

J.G.: Nie mam do Saury jakichś szczególnych predylekcji, zresztą nie należy wiązać „porque te pas” wyłącznie z tym filmem. To była piosenka popowa z lat 60 wykonywana przez niejaką Jeanette, i została po prostu wykorzystana w filmie, który ją dodatkowo spopularyzował. Zwracam uwagę że w treści nie ma nic o żadnych krukach, ot, sentymentalna historyjka o rozstaniu. Ale ja potrzebowałem czegoś kojącego i trochę niepokojącego – takiej kołysanki dla postaci która pochodziła z Hiszpanii i znajdowała się w stanie jakby magicznej śpiączki. „Porque te pas” była jak znalazł.

M.P.: Cała saga, a zwłaszcza pierwszy tom nawiązuje do mitologii skandynawskiej oraz przywołuje obrazy Hieronima Boscha. Czy interesuje się Pan szczególnie mitologią skandynawską i dziełami Hieronima Boscha?

J.G.: W tej powieści znalazło się echo mojego zainteresowania wieloma kulturami, nie tylko wikińską. Są tam ślady kultury japońskiej, kultur Czarnej Afryki, ale też Cesarstwa Mongołów, albo ogólnie pojętej starożytności. Bohater przez swoje ziemskie pochodzenie bada ten świat uzbrojony w skojarzenia i analogie, przyniesione z domu. Kultura w której musi funkcjonować jest dla niego obca, więc patrzy na nią przez pryzmat ziemskich doświadczeń historycznych. Pewnie tak się kojarzyło nie tylko jemu, w końcu planeta dostała kryptonim „Midgaard”, co w skandynawskich wierzeniach oznaczało poziom świata zamieszkały przez ludzi. Mieli jeszcze Asgaard (dziedzinę bogów) i świat podziemny Helj.
A „Ogród rozkoszy ziemskich” znajduje się raptem w jednej scenie. Bohater dociera do krainy przekształconej przez kogoś o magicznej mocy. Rozgląda się i widzi wokół siebie postaci oraz krajobrazy z tryptyku Boscha, więc może je rozpoznać, co więcej, jest dla niego jasne, że są dziełem człowieka z Ziemi. Bosch jest znany niemal każdemu kto umie czytać i pisać, a do tego efektowny. Nie chodziło o to, że wyzbywam się jakiejś obsesji, albo mam potrzebę opisywania lubianych obrazów.

M.P.: Po dokończeniu sagi „Pan Lodowego Ogrodu” zaostrzył Pan nasz apetyt. Czy uchyli Pan rąbka tajemnicy i zdradzi swoje literackie plany na najbliższy czas?

J.G.: Przyznaję, że ta powieść trochę mnie wyczerpała i na razie zbieram siły. Gromadzę pomysły, opracowuje je, ale jeszcze nie zdecydowałem się ostatecznie który zrealizować. Regeneruję się. To był ogromny projekt – jego realizacja zajęła mi przeszło siedem lat, więc chwilowo jestem lekko zdezorientowany.
M.P.: Jaki ma Pan system pisania? Czy pisze Pan wtedy kiedy ma wenę, czy wyznacza sobie regularne godziny pracy, w czasie których musi Pan napisać określoną liczbę stron?

J.G.: Wszystko zależy od tego na jakim etapie. Jest czas wymyślania, jest czas pisania, bywają też momenty kiedy idzie jak po grudzie. Generalnie staram się pisać systematycznie – to jednak, bądź co bądź praca. Tyle, że kiedy mam tzw. wenę piszę więcej i szybciej, a kiedy indziej z wysiłkiem wpatruję się w ekran i mozolnie klecę zdanie po zdaniu.

M.P.: Podobno Ernest Hemingway przed pisaniem raczył się whisky, a Marcel Proust lubił wąchać zapach suszonych jabłek. Czy Pan również potrzebuje stworzyć specjalne warunki podczas procesu pisania?

J.G.: Nic tak wymyślnego. Zamknięte pomieszczenie, cisza i spokój, tło w postaci muzyki instrumentalnej, pod ręką herbata, zapas papierosów i jakaś woda, tyle. Whisky przed pisaniem to kiepski pomysł, zaś wąchanie jabłek, śledzi, biczowanie się, lub zwisanie z drabinek to raczej według mnie jakieś objawy. To jednak specyficzny zawód i niech każdy wspomaga się jak umie. Kto potrzebuje pisać w pociągu, na karuzeli czy w basenie, może tak czynić.

M.P.: W związku z tym, że Pańska małżonka również jest pisarką (Maja Lidia Kossakowska, red. przyp.) , czy dzielą się Państwo pomysłami? Czy może dopiero po napisaniu książki wymieniacie się Państwo wzajemnie uwagami? Czy inspirujecie się nawzajem?

J.G.: Oboje żyjemy tym, co robimy. To jest praca, która jest zarazem pasją, angażuje serce i rozum, w odróżnieniu, powiedzmy, od przycinania sztachet (z całym szacunkiem dla tych, którzy się tym parają), więc o niej rozmawiamy. Dużo i często, wymieniając się pomysłami, ale także dyskutując o szczegółach, albo pytając się nawzajem o radę.

M.P.: Czy zdarzyło się żeby Pan podpowiedział jakiś wątek i jego rozwiązanie małżonce?
A może na odwrót, to Pańska żona tchnęła ducha w któregoś z bohaterów Pana książek?

J.G.: Jak już mówiłem, często rozmawiamy o własnych książkach i prosimy się nawzajem o radę, więc bywało i tak, i tak. Czasem ja je podsuwałem jakieś rozwiązanie i czasem to Maja sugerowała mi jak wybrnąć z jakiejś mielizny.

M.P.: Bardzo serdecznie dziękuję za wywiad. Z niecierpliwością czekam na następne Pańskie powieści.

J.G.: Również bardzo dziękuję.

FacebookTwitterGoogle+Podziel się

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *